^Powrót na górę

Antybog czyli osobiste wpisy cd

2021-07-04 Rowerem pod górę

Zmagam się z brzuchem. Tak, ja. Choć są wokół mnie tacy, a licznie występują, którzy zadają pytanie: jakim brzuchem? Nie w sposób im wytłumaczyć, że go mam i mi przeszkadza. Wszak oni nigdy nie byli dajmy na to w Partiach Zakopiańskich w Wielkiej Litworowej gdzie trzeba się tam trochę przeciskać, zgiąć, szybko pokonać to upierdliwe miejsce, gdzie się woda leje. Gdy jeszcze niedawno ktoś mówił, że tam jest upierdliwie, to pytałem się o czym Ty mówisz? Teraz już wie o czym mówią. Bo tam gdzie kiedyś miałem luz, gdzie w ciasnych miejscach uprząż, crol się chowały, teraz jest fałdka tłuszczu i moknę w jaskini.

Fajnie na jesień, w zimie żarło się bez opamiętania orzeszki ziemne, leniwie przed komputerem się zalegało, w Age of Empires się godzinami grało. I na nic wyjazdy do jaskini i wyjścia w góry. Dzień po dniu fałda powstawała.

Teraz mniej jem, ciasteczka omijam, co do orzeszków to, co jakiś czas otwieram szafkę w kuchni, biorę do rąk dwie puszki orzeszków ziemnych, pochodzę z nimi po mieszkaniu, potrząsam puszkami, słucham jak się obijają o siebie. Przez tę blachę, stalową czy aluminiową słyszę dobiegający szept: zjedź mnie. Ale nie jestem Alicją z Krainy Czarów, po ich zjedzeniu nie skurczę się. Odkładam je zatem do szafki i szepczę z czułością: do następnego potrząsania.

Pracuję niedaleko Beskidu Małego. Raz w tygodniu po pracy idę w góry. Wchodzę te kilkaset metrów do góry, kilometr w lewo, później dwa kilometry w prawo i w dół do samochodu. I nic. Fałdka nie maleje. Za lekki to spacer dla mnie.

Więcej ruchy podpowiada rozum. Więc jeżdżę do pracy na rowerze. No, dopiero zacząłem (połowa czerwca). Ale to dalej mało. Po pracy w czwartek (też gdzieś w połowie czerwca)  pojechałem dalej, w Beskid Mały. Podjeżdżam pod górę. Pierwsze sto metrów przewyższenia daję rady. Po 150 metrach przewyższenia miało miejsce pierwsze konanie FrytkiPunk. Później pojawiało się częściej. Po czwartych konaniu powiedziałem basta, wolę pchać ten rower niż jechać. Jestem skonany mówię, a ja z gwiezdnych wojen odpowiada las (taka przeróbka kawału o tej babie co przyszła do lekarza i mówi, że jest skonana ...). I pcham ten rower pod górę. Zaczynam wracać do żywych. Ach, gdybym miał jakieś pasy, wrzuciłbym mój rower na plecy i chyżo pobiegłbym na górę. Tak, maszerować pod górę z plecakiem 25 kilogramowym to jest pryszcz w porównaniu do jazdy na rowerze.

Gdzieś niedaleko jakieś przełęczy siadam na siodełko i jadę dalej. Po chwili pod ostrą górkę znowu pcham rower, ale generalnie większość trasy pokonuję moszcząc się dupskiem na siodełku. Na rozdrożu postanawiam poszaleć i będę wracał po asfalcie z Przełęczy Przegibek. Ale zanim do niej dojadę mam kawałek przed sobą zjazdu po leśnym dukcie, szlakiem niebieskim. Jadę i czekam, kiedy mój ponad 25 letni rower zacznie się sypać. Wszystko dzwoni. Telepie się. Ale strategiczne organy roweru działają. Linka tym razem od hamulca tylnego nie pęka. Brak amortyzatorów jest odczuwalny. Nie tylko myśli tłuką się pod czaszką.

Jest i asfalt, a później kilka kilometrów wspaniałej jazdy z górki, chyba ponad 6. Wiatr gwiżdże w kasku, wyciska łzy z oczu. Jedzenie samo wpada do ust. Tylko jakieś nie obrane, ze skrzydełkami. Tak sobie myślę, że w tej całej jeździe są do kitu proporcje. Pod górę było dłużej niż na dół. Na szczęście to pod górę też mnie cieszyło. A później jeszcze kilkanaście kilometrów i jestem w domu. A fałdka jest dalej. Cudów nie ma. Konieczne są kolejne jazdy i konania na rowerze pod górę.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.