^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-05-09-10 Wielka Litworowa z Prymulą

Doskwierała absencja w jaskiniach tatrzańskich. Dwumiesięczna. Wymuszona przez jakiegoś ciulawirusa. Czy był faktycznie, czy był aż tak śmiertelny, nie wiem. W bądź razie zamknęli Tatry na długo. Nosiłem się z myślą aby pójść do jaskini mimo zakazu. Nielegal jest mi trochę znany. Ale gdyby coś się stało, gdybym nie wyszedł o godzinie alarmowej na powierzchnię i by służby miały ratunkowe po mnie iść, to bym miał przekichane. Chyba by mnie zjedli. I dlatego poruszałem się na nielegalu po Beskidach i ich norach.

20200509 094441

Gdy w końcu otworzyli podwoje Tatr, w sobotę mogłem pójść a miałem ochotę iść nawet na 3 dni, zadzwonił do mnie Prymula, że on by poszedł, ale na dwa dni. I po długich negocjacjach poszliśmy na jeden biwak. Dzień był piękny, choć podobno zapowiadali deszcz. Śnieg leżał w Kobylarzu. Szedłem w rakach. Na górze siadłem na małej górce bez śniegu i pociłem się w samej koszulce. Tego to nie pamiętam, aby było tak ciepło. Widoczność była fantastyczna. Ten symbol ucisku tego kraju z Giewontu aż kłuł w oczy. Poszliśmy dalej. Ludzi na szlaku wysypało bardzo dużo. Szliśmy do otworu z góry, aby nie ryzykować w źlebach, bo śniegu jeszcze sporo było. I gdy byłem niedaleko otworu stwierdziłem, że zgubiłem srajfona od wnucząt. Byłem już zmęczony. Wór transportowy był ciężki, a tu trzeba wracać w poszukiwaniu zguby. Na lekko, jednak dalej zmęczony wlokłem się po swoim śladzie. Wróciłem do wylotu Kobylarza, gdzie pamiętałem że był telefon i nic. Na dodatek w celu zmniejszenia zużycia energii włączyłem tryb szybowca, samolotu czy rakiety i dodzwonić się na początku z telefonu Prymuli nie można było. Lżejszy o telefon wracałem pod jaskinię. Trudno, pomyślałem. Tak musiało być. Kupię sobie klawiszowca i będę żył jak dawniej, bez jakiś łotcapów, apek i innego gówna.

20200509 142154

Przy otworze na słońcu przypiekał się Prymula. Z zasięgiem było krucho, napisałem sms do Chomika, że jak ktoś będzie dzwonił to aby zostawił telefon u Pana Hajduka. Bum, sms od Chomika, który po odebraniu połączenia od znalazcy zaproponował aby zostawić telefon u Pana Hajduka. No, to się Chomik wykazał MINIMUM INTELIGENCJI:).

Po długim leżakowaniu pod otworem weszliśmy do jaskini. Prymula poręczował, ja nie miałem siły. Wylądowałem jako pierwszy  na półce do Partii za II Pięćdziesiątką i musiałem coś zjeść. Prymula poszedł dalej robić swoje. Po posiłku wlokłem się do niego. W meandrze myślałem, że nie dam rady, że Prymula musi mnie przepchać przez to dziadostwo. Ale się udało o własnych siłach dojść do Prymuli. Zrobiliśmy to co zrobić należało i wróciliśmy się do II Pięćdziesiątki i zjechaliśmy na biwak. A tam, nie napiszę kto, na pusty żołądek wypił małe co nieco i było wesoło. Nikt tego nie czyta i nikt się nie dowie, że ten co tak wszystko odlekcza i szuka niepotrzebnej masy wniósł jakiś pojemnik szklany z płynem wyskokowym. Miał problem, gdzie to wyrzucić, bo 208 metrów pod powierzchnią ziemi nie uświadczysz lasu, w którym każdy śmieć się zmieści. Zjadłem resztę tego co miałem, na rano nie zostało prawie nic, bo zapomniałem.

Rano, nie czekaliśmy na wschód słońca, wstaliśmy powoli, wygramoliliśmy się ze swych śpiworków i po zjedzeniu w moim przypadku pół bułki, którą podzielił się ze mną Prymula poszliśmy do góry. Mijałem te mi tak dobrze znane skały, wyślizgane, również trochę przeze mnie. Jest teraz tak nastrojowo, gdy siedzę w domu i piszę ten artykuł, z kolumn leci Cała Góra Barwinków – Różne powody, i wspominam Wielką Litworową. Nie wiem czemu ale darzę ją wielką estymą. Może ten biwak, na którym spędziłem wiele nocy, wiele samotnie. Może te Pięćdziesiątki? Może dlatego, że jest jakaś skromna nic przyjaźni z nietoperzami, które niekiedy spiesząc się w swoich sprawach przelatywały mi pomiędzy rękami. Jest coś w tej jaskini, że lubię do niej wchodzić, chociaż coraz mniej lubię drogę do niej.

Gdy jestem pod zlotówką zauważyłem drugą linę, która się nawet ruszała. W niedzielę, w południe, przypominam. Wczoraj jej nie było. Wyczułem nosem, świeżo zawieszona. Jakby to powiedział Ohmlet, bo była taka żółta i w ogóle.

20200510 1132000

Grupa, bodajże ze Śluska wybierała się gdzieś do środka. Jak to zwykle bywa przy takich okazjach, były buziaki, całusy, achy i ochy (w dobie ciulawirusa). Była wymiana myśli, poglądów, ostrzeżeń i tak dalej. Przebieramy się powoli i ruszamy w dół. Pogoda dalej dopisuje, słońce też. Wieczorem czuję jak twarz mi spaliło. Wracamy do domu samochodem, przez Polskę, bo granice zamknęli. I jak zwykle, wszystko co dobre to się kończy, znowu te niziny, ten syf, faszystowsko-katolicki reżim, te tępe twarze, prymitywna propaganda, gnój prawicowy. Naładowałem akumulatory więc jakoś trzeba będzie żyć w oczekiwaniu na lepsze czasy.

Wszystkie zdjęcia są autorstwa Szanownego Prymuli

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.