^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-06-27 Trawers tam i z powrotem

20200627ptasia02

Z kalendarza wynikało, że 20 czerwca wypada pójść do jaskini. Ale odezwał się Chomik, 27 czerwca może iść do jaskini. Dostosowałem się. Co się nie zrobi dla Chomika. W nocy pada deszcz. Nie jest to zwykły deszcz, ale intensywny opad, który nawiedza nas od jakiegoś czasu. Z przekazów ustnych dowiedziałem się, że w Tatrach  może być różnie, może padać. Stąd moje zdziwienie, że z SBB idą aż cztery osoby. Wsiadam do samochodu kolegi Piotra, który po nas przyjechał, w Bielsku przesiadka do samochodu Stryka. Jedziemy. Leje. Z tyłu mam czas oddać się rozmyślaniom, fajnie gdy nie muszę prowadzić samochód. W Kirach czekał na nas Kamil, ale coś go poniosło i zobaczyliśmy się dopiero przy otworze jaskini. Czekamy jeszcze na parkingu. Ma dojechać kolega Michał z TKTJ. W końcu ruszamy. Jest pięknie, słonecznie, bezdeszczowo. Płeć piękna licznie wystękuje na szlaku. Szkoda jednak, że tak wolno się przemieszcza. Wyprzedzamy ją i znowu wyłącznie męskie grono. Odbijamy na naszą ścieżkę do Doliny Mułowej. Bardzo ją lubię. Chwilami czuję się jak trochę lepszy gorszy sort. Mogę pójść tam gdzie wielu nie może. Jest i Dolina Mułowa. Długo mnie tu nie było. Leży śnieg przy ścianie. Jest cudownie. W końcu dochodzimy do miejsca gdzie się przebieramy. Jest i Kamil. Podobno droga zajęła nam (niedokładnie pamiętam) ponad 2 godziny, ale mniej niż 3. Dobry czas. Niosły mnie moje siedmiomilowe gumowce.

Przebieramy się. Coś tam jemy. Kamil zaczyna poręczować zjazd na powierzchni. Idę jako drugi. Wchodzimy do Ptasiej Studni. Zlotówka, Studnia 40-tka, Studnia Palidiera. Idziemy dalej. W naszym planie jest dojście do otworu Lodowej Litworowej, zmodyfikowany przeze mnie, aby za krótko nie było, popatrzenie na Dolinę Miętusią i zawrócenie powrotem do Ptasie Studni z deporęczem lin.

20200627ptasia07

Za Studnią z Mostkiem Piratów w takiej bocznej salce zarządzamy popas. Jest czas na coś ciepłego. Stryku znajduje wejście do meadra i przemieszczamy się dalej. Planowaliśmy zejście na stare dno Ptasiej ale liny nie ma, a nasza rezerwowa nie sięga do Bazyliki. Idziemy zatem Kaskadami do góry. Idę pierwszy, ostro po linach aby się rozgrzać, bo zimno mi jest. Jest takie jedno okno, później to drugie. Udało mi się go przejść, jest mi już bardzo ciepło. Siedzę po drugiej stronie tego gówna i patrzę jak koledzy się męczą. Z satysfakcją, nie da się ukryć.

Wchodzimy do meandra. Trochę się męczymy, jeszcze trochę liny i jest otwór Lodowej Litworowej, a za nim rozciąga się widok na Dolinę Miętusią pięknie oświetloną promieniami słonecznymi. Jest cudownie ciepło. Zastanawiamy się co robić. Olać jaskinię i wrócić na powierzchni. Ale w środku jest Piotrek i sprzęt biwakowy. Trzeba wracać, pożegnać się ze słonkiem, ale ponownie przywitać się z jaskinią i z tym co ona oferuje. Dwóch kolegów postanawia deporęczować liny. Hmm, trochę długo to trwało. Tylko dzięki kombinezonowi się nie rozsypałem z zimna, z telepatki. I to zimno, wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, że będzie mi towarzyszyć do końca pobytu w jaskini, oprócz tych krótkich, wspaniałych chwil, gdy zasuwałem po linie i mogłem delikatnie się rozgrzać.

Dochodzimy po długim czasie do miejsca biwakowego, jest ciepła herbata w niewystarczającej ilości, jakiś pączek i ruszamy dalej. Ruszam jako ostatni. Będę deporęczował. Ale zanim ruszyłem, to znowu jest mi zimno. Czekam. Długo jeszcze? W końcu pada: wolna lina. Wskakuję na nią, trochę ruchów, przepinka i znowu czekam. A nie rozgrzałem się. I tak jest do otworu. Trochę jestem wściekły. Ileż można wychodzić po tych linach. Jestem najstarszy, powinienem być najwolniejszy a jednak tak nie jest. I czekam.

Niekiedy się martwię, że kondycja nie taka jak kiedyś, że jestem wolny. Staram się temu zapobiegać. Ćwiczę. Raz w tygodniu 2-3 razy po 80 metrów liny. Marsz w Beskid Mały. Coś robię aby się nie zastać. A inni? Czuję to, marznę na przepince lub na dnie studni. Panowie. Chceta łazić, to ćwiczta. Sama karta taternika nie wystarczy. Wiem, nie ma czasu, nie ma chęci. No to siedzta w domach.

W końcu wychodzę na powierzchnię. Deporęczuję złotówkę, jeszcze lina na powierzchni i mogę się przebrać. Aura jest sprzyjająca. A ponieważ zrobił się z tego artykułu tasiemiec, to teraz w kilku słowach, przebieramy się, idziemy do szlaku, schodzimy na dół, wsiadamy do aut, rozstania i po 27 godzinach jestem w domu i walę się na coś płaskiego.

Nie przyjechałem jednak sam. Dwa kleszcze wbite.

 

 

Zdjęcia autorstwa Chomika.

A jeśli chcecie przeczytać jak było na tej akcji naprawdę to proponuję przeczytać sprawozdanie Chomika opublikowane na stronie Speleoklubu Bielsko-Biała:klikaj tu, klikaj tu, klikaj tu

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.