^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-07-19 Znowu pod ziemią

Jak zapowiedziałem, tak zrobiłem. Poszedłem w terminie wcześniej przyjętym do jaskini. Jak zwykle nie oglądałem prognozy pogody. Coś tam do mnie docierało, że nie będzie sucho, ale nie dałem posłuchu plotkom.

20200719ptasia1

Mam zresztą wielką prośbę do wszystkich tych co chcieliby ze mną się kiedykolwiek przejść do jaskini. Jeżeli naoglądacie się w tych swoich telefonach, na tych facebukach czy gdzieś indziej, że w Tatrach ma lać, i dlatego ze mną się jednak nie wybierzecie, to piszcie, mówcie, że impreza rodzinna, że olimpiada, że żonie coś obiecaliście, że remont, że wiec jakiegoś ważniaka, że zakupy, etc. Nie sygnalizujcie, że będzie lało. Zostawcie tę wiedzę dla siebie, nie dzielcie się nią ze mną. Jak dojadę do Tatr, jak wyjdę z samochodu, jak wejdę do doliny i zobaczę ten deszcz to zdecyduję czy iść dalej czy się wycofać. A nie chce się wycofywać z wyjścia już w domu bo mówicie o deszczu. Bo gdybym postępował jak Wy, to dzisiaj zamiast kilkuset wyjść do jaskiń miałbym kilkadziesiąt. A tak, to patrząc na moją statystykę, to może prognozy deszczowe sprawdzają się w maksymalnie 30 procentach. Ileż to razy tak było: miał być deszcz, zlewa, a ja w samych majtkach przy jaskini w promieniach słoneczka paradowałem, na złość świstakom i kozicom. Zdarza się, że pada. Trudno. Trzeba się wtedy wycofać. Ale z satysfakcją, nie wymiękłem już w domu.

20200719ptasia2

Po tym długim wstępie, przechodzę do sprawozdania. W Bielsku-Białej do mojego Punkowozu załadowała się Agnieszka. Razem, tugewer, jechaliśmy dalej. W Kirach Agnieszka wystartowała od razu a ja zająłem się daremnym szukaniem termosu z herbatą do kanapki, który niestety został w domu. Na sucho z trudem jedna weszła we mnie.

Wskoczyłem w gumniaczki, wrzuciłem wór na plecy i poszedłem do budki drużnika by kupić bilet za sześć złotych. W dolinie pusto. Zapowiedź deszczyku przegnała stonkę, tfu, turystów i innych. Gdy w dniach następnych myślałem, czy rzeczywiście nikogo nie spotkałem na szlaku, to przypomniałem sobie, że była jedna grupa sześcioosobowa wyprzedzona przeze mnie na Wyżniej Kirze Miętusiej. Później była jeszcze jedna duszyczka, gdzieś na końcówce Polany Upłaz, którą przy bliższym poznaniu okazała się Agnieszką. I tak szedłem sobie do góry, mijając rzeki, góry, lasy, śmigając w moich gumniaczkach, na nic mają sobie błoto, rosę i kamienie.

20200719ptasia3

Odbiłem z czerwonego szlaku na naszą ścieżkę. Ślisko na niej było. Niedawno musiało przestać padać. Chwilami chmury się rozstępowały. Raz chyba nawet słońce delikatnie się przebiło przez nie. Jednak przyszedł taki moment, że zarzuciłem na siebie moją pomarańczową pelerynę. Zadziałało. Co miało spaść jednak nie spadło.

Spokojnie przebraliśmy się na końcu źlebu, na półce, pod sobą mając Dolinę Miętusią i widok na jakieś skały. Ich nazwy jakoś nie utrwaliły się w mojej pamięci, więc pewnie nie są zbyt ważne. Za ten elementarny brak wiedzy, chyba karty Taternika jaskiniowego  mi nie odbiorą. Nawet jeśli nie umiem za wiele, to jak pewna odznaka „za wytrwałość” mi się należy.

20200719ptasia5

Ściśle fajne: Musiałem Agnieszkę przedstawić trochę w nienajlepszym świetle. Bo nie może być tak, że na mojej stronie mogę być przez kogokolwiek przyćmiony. Nie po to tyle płacę za hosting i domenę, żeby nie błyszczeć:)

20200719ptasia4

Zacząłem poręczować. Coś nie czułem się za dobrze. Jakoś tak mnie coś męczyło, gniotło, ale pokładałem nadzieję, w jaskini, że jak zwykle wszystko co złe to wyciągnie ze mnie. I tak też było. Pół godziny później było wszystko ok. Gdy stanąłem przy otworze jaskini i usłyszałem co się tam dziej, to założyłem na siebie pelerynę i wraz z nią zacząłem zjazd po linie. A to się włochate batinoksy (toperze, nietoperze) zdziwiły. Co to takiego pomarańczowego jedzie? Czy to morskie śledzie? Nie, to FrytkaPunk na rolce jedzie. Piękne pewnie wyglądałem, jak upadek taternictwa jaskiniowego, tylko świadków tak naprawę brak. Zdjęć nikt nie zrobił. Taki jeden kolega z wypasionym aparatem w telefonie w domu został. Tak, Chomik, o Tobie piszę. Plany górskie zrealizowałeś? A ja taki pomarańczowy zjazd miałem.

Jeszcze kilka lin, Mostek Piratów, skok w okienko po prawej, za pierwszą przepinką w zjeździe i Komin Pustynna Burza. W planie jest spenetrowanie korytarzy na jego dnie. Nigdy tam nie byłem. Ach to mój pierwszy raz. Co ważne, miałem to napisać na końcu, ale pewnie później zapomnę, więc pisze teraz. Zjeżdżam tam, gdzie pewnie jeszcze Prymuli nie było. A to jest porównywalne do tego jakby nigdy nikogo tam nie było.

Zanim pójdziemy dalej czas na posiłek. Na ciepło.

Następnie zakręcam plakietkę, łączę liny, dobrze, że akurat nikt tego nie fotografuje. Może ładne to to nie jest. Niezgodne z normą pewnie. Ale zadziałało. Przeżyłem, skoro piszę te wypociny. Zjechałem na dno, nie tylko ja, i zacząłem myszkować. Niestety jakiś próg, niby trzy metrowy nas zatrzymał. Nie było gdzie zawiesić sznurka. A na moje oko, to zejść tam się trochę bałem tak bez asekuracji.

Wróciliśmy do Komina Pustynna Burza. Czy wracać? Było nam mało. Poszliśmy do góry, po linie w Kominie Pustynna Burza. Weszliśmy w Meander Majowy. Dotarliśmy do Franusiowej Studni. Znowu jakoś tam założyłem linę ponieważ nie miałem jakoś zaufania do wiszącej tam liny. Zjechałem na dno. Stara lina nie sięga dna, tak dla informacji zapisuję. Siedziałem na dole i czytałem wskazówki, gdzie pójść. I cholera nie ma tej pochylni. W końcu się znalazła, taka wąska, z grzybkami. Za nią 20 metrowy meander, a na jego końcu Studnia Romea i Julii. Również zaporęczowana. A czy lina sięga dna, nie wiem, nie wpiąłem się w nią. Moim celem było dotarcie do tej Studni i plan zrealizowałęm. Jest tam trochę ciasno. Jak to mówi Kaja: trzeba się tam trochę pogiełgać. Zaczęliśmy odwrót. Wróciliśmy do Meandra Majowego, zaczęliśmy marsz w kierunku Komina Pustynna Burza i trzeba było się wrócić do Franusiowej Studni. Nie chciało mi się ponownie poręczować. Wpiąłem się do tej „starej: liny i zjechałem. Stanąłem na półce, dopiąłem kolejną linę na szybko, zjechałem, zabrałem co miałem zabrać i w końcu nie wstrzymywani dotarliśmy do Komina Pustynna Burza. Zjeżdżałem pierwszy. Gdy Agnieszka poruszała się po linię przygotowałem herbatę. Miejsce koło Komina jest dobre, Nie pada, nie wieje, tylko wodę trzeba nabrać wcześniej, np. na Mostku Piratów.

Rozpoczęliśmy odwrót. Deporęczowałem. Agnieszka poruszała się po linie w górę w miarę. Nie musiałem po deporęczowaniu czekać na wolną linę. Widać efekty cotygodniowego ćwiczenia linołażenia. Jeszcze parę treningów i może dam się namówić w końcu na Wodną pod Pisaną (nigdy tam nie byłem). A tak na serio, nie chcesz być dupą na linach, to ćwicz. A jak nie ćwiczysz, to popatrz na prognozę, może będzie lało i zostań w domu. W Tatrach pogoda wyłącznie dla bogaczy duchowych.

Wyszedłem z jaskini gdzieś koło 23. Nie padał deszcz. Super. Podziękowałem jak zwykle za to, że mogłem być w jaskini i z niej szczęśliwie wyjść. Jeszcze tylko spacer po półce, lina na powierzchni i mogę się przebrać. Agnieszka ruszyła do samochodu a ja sprzątałem ten cały rozgardiasz. Gdy w końcu ruszyłem, widziałem światło czołówki Agnieszki po drugiej stronie Doliny Mułowej.

Niebo było w większości zachmurzone. Było ciemno wokół mnie. Tylko część ścieżki oświetlona snopem światła mojej czołówki. Idę. Jestem szczęśliwy, że tu jestem. Że pogoda jest pobłażliwa dla mnie. Że fajnie było. Tylko myśl, że trzeba wracać na dół nie nastraja pozytywnie. Jeszcze jakieś 5 kilometrów lub więcej. Już na szlaku, przy wodzie, dogoniłem Agnieszkę. Chciałem coś zjeść, jakiegoś starego pączka z wodą ze źródła. Zgasiłem czołówkę, popatrzyłem na niebo i chyba zasnąłem. Musiała mi głowa opaść, co mnie obudziło. Zebrałem się i pognałem na dół. Agnieszkę dogoniłem dopiero przy mostku. Trochę z tego wnioskuję, że pospałem.

A później, (mogę skopiować zakończenie wielu moich sprawozdań) przebieranie, spanie, jazda, spanie i w końcu gdzieś o 8 rano w niedzielę w domu. Jakaś kromka, herbata i spanie na podłodze w pokoju, aby w razie czego kleszczy po domu nie roznosić.

A w poniedziałek brak zakwasów. Nienaturalnie. Szczypię się w nogę. Może ja nie żyję? Śni mi się to? Nie, żyję. Słyszałem w radio, że jakiś pokurcz z Nowogrodzkiej coś znowu gadał. Muszę żyć. Bo w snach nie ma miejsca na to coś z Nowogrodzkiej. Piekło na ziemi, później będzie tylko lepiej.

 

A tutaj link do artykułu Agnieszki na stronie Speleoklubu Bielsko-Biała. A co tam będziesz szukał miły Czytelniku linka, klikaj na cały akapit, a na pewno się przeniesiesz do nowego okienka.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.