^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-09-19-21 Nad Kotliny - odsłona trzecia

Ostatnia, trzecia odsłona Nad Kotliny 2020.

Wyruszamy zaraz po pracy w piątek. Jest ładna pogoda. Napisałem ruszamy, to znaczy wypada przestawić zespół. Hmm, na początku chciałem to zrobić w to jak zwykle, pierwsza ja, a później... No właśnie, tak nie wypada, więc zacznę od Agnieszki i skończę na mnie.

Należą się słowa uznania dla Agnieszki. Bo Nad Kotliny to nie byle jaka jaskinia. A kartą taternika jaskiniowego Agnieszka długo się nie cieszy. Co prawda zna, mi nie znane jaskinie jak Wodna pod Pisaną czy Przy Przechodzie, ale cały czas się rozwija. I co najważniejsze, to nie narzeka. Coś robi aby poprawić się w jaskini, aby autor tej strony i tych wszakże wspaniałych i nietuzinkowych tekstów nie marzł w jaskini.

Ruszam z parkingu 25 minut później niż Agnieszka, zjadłszy spagethi jakieś tam, które sam prawie upichcił i po wypiciu herbaty. Agnieszkę doganiam dopiero po wyjściu ze źlebu w Nad kotlinach (nie mylić z jaskinią o tej samej nazwie). To się dziewczę rozochociło na podejściach. Następnym razem niby wyjdę później o 25 minut a ruszę od razu co by dogonić wcześniej. No chyba, że zajmie się poręczowaniem, ale o tym to może później.

Dzień jest ładny. Może słońce nie przyświeca jak miesiąc temu, a może dlatego, że dzień chyli się do kresu i otwór znajduję przy świetle czołówki. Wchodzimy do środka i zjeżdżamy po zlotówce. Wartym odnotowania jest fakt, że ja, dziadek, od samochodu do dna zlotówki dotarłem w czasie poniżej trzech godzin. Co dla mnie jest bardzo dobrym czasem. Ale aby nie przynudzam czas się kłaść spać.

W sobotę ruszamy nieśpiesznie. Raz czy drugi raz muszę czekać na Agnieszkę poniżej studni, aby sama nie szła. A później nabiera prędkości. Motam się tam na jakieś przepince i widzę jej światło nad sobą. Co się z nią dzieje, zastanawiam się. Czyżby ćwiczenia przynosiły skutek? Nie wiem, ale normalne to nie jest. Na co będę narzekał?

Udaje się nam zjechać do Wodociągu, a to już Jaskinia Wielka Śnieżna. Nie było mnie tu dwa lata. W zeszłym roku, po tragicznej śmierci dwóch kolegów grotołazów, na długi czas zabroniono nam wchodzić do systemu Wielkiej Śnieżnej. Docieramy do Suchego biwaku i od razu idziemy na dół. Ustawiłem na sztywno godzinę, do której możemy poruszać się w dół. Pół godziny przed czasem mówię, zawracamy. Wychodzi, że byliśmy gdzieś na -570 metrów w pionie od otworu Nad Kotlin. Wracamy. Gdy już jestem w Nad Kotlinach zorientowałem się po pytaniu Agnieszki, że nie mam wora. No to wracałem na Suchy biwak. Trochę więcej ruchu zażyłem.

Idę dalej do góry i deporęczuję. Agnieszkę posłałem na górę i sam się z tym deporęczem męczyłem. Na biwak dotarłem dwie godziny później, ale dalej w rześkim nastroju. Kolejny biwak minął szybko, i jak zwykle rano śpieszyliśmy się aby wyjść przed godziną ratunkową. A w głowie odbijało się retoryczne pytanie, kto znów taką wczesną godzinę alarmową zaplanował. Och, głupi ty Frytka, a na pewno niewyspany. Wyszedłem na powierzchnię jako drugi, a tam piękna pogoda mnie przywitała. Trochę lin miałem do zniesienia. Po pierwszej próbie pakowania wiedziałem, że zlecę z Przechodu, za wysoko środek ciężkości miałem. Znowu musiałem się przepakować. A Agnieszka już szła. W końcu ruszyłem obwieszony jak choinka na święta. Ale ja tak lubię, ten lans, ten wzrok zachwyconych turystek, tą nienawiść w oczach ich facetów, te dziurawe moje spodnie dające do zrozumienia, że nie pierwsze to moje wyjście  w góry, te cieknące na podeszwie gumowce, oto cały ja. Wracając do spodni, to nie mogę je zacerować, albo mogę ale muszę urwać trochę materiału z drugiej nogawki, aby masa się zgadzała. Bo w myśl nauki odlekczania, spodnie z dodatkową nitką byłyby cięższe od nowych. W tym momencie pozdrawiam Jurka Prymulę z SBB.

Przy otworze Wielkiej Śnieżnej spotkałem kilkuosobową grupę. A Agnieszka była cały czas przede mną. W końcu ją dogoniłem gdzieś już na żółtym szlaku a nawet przegoniłem. A za mną leciały jej słowa, zaczekaj na mnie na polanie.

I tak się też stało. Zatrzymałem się na polanie, zrzuciłem z pleców ciężki wór. Słońce przypiekało, chciałem nabrać witaminy D3 a tu z lasu wychynęła Agnieszka. Nierad, zarzuciłem wór i pomaszerowałem dalej w moich siedmiomilowych gumowcach. Trochę się nam nawet pobiegło. Wiedziałem, że za to zapłacę, za ten bieg, za to zejście w 2 godziny z Nad Kotlin z tak ciężkim worem. Jeszcze w czwartek, zginanie nóg nie należało do przyjemności, ale kto o tym myślał, gdy wiatr szumiał w uszach i zagłuszał rykowisko w Małej Łące. Darły się te jelenie niemiłosiernie, wstyd, w samym środku parku narodowego tak bezczelnie zagłuszać ciszę i ryczeć coś tam o swojej miłości, pragnieniach, jak jakiś jeleń.20200921nadkotliny12

Tak się przy okazji dowiedziałem, że w 2020 odnotowano 8 wejść do jaskini Nad Kotliny (z czego trzy to moje). Ścieżka zarasta, bo mały ruch jest generowany. Zgadza się, ścieżka chwilami zanika i błądzi się nieznacznie.

 

 

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.