^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-11-07-08 Wielka Litworowa

Po długim niebycie idę do jaskini. 7 listopad. Dzień zapowiada się na przepiękny i tak jest do czasu wejścia do jaskini. Słońce świeci, jest ciepło. Rewelacyjnie. Agnieszka wystartowała 20 minut wcześniej. Ja w tym czasie jadłem śniadanko na ciepło, delektowałem się herbatą. Mają racje Ci, którzy ostrzegają Agnieszkę przede mną. Uby uważała na Frytkę.  Bo się przy mnie degeneruje, nie pije alkoholu i chodzi po jaskiniach, co jak wiadomo w środowisku speleo, w tym którym trochę znam, jest niemile widziane. Skutki uboczne tej degeneracji, to że Kobylarz pokonuje ona za szybko, nie doganiam jej. Za szybko robi przepinki, ćwiczy linołażenie i nie wlecze się w jaskini po linie.  Ani razu nie powiedziała, że się musi napić wódki, piwa czy wina.  Degeneracja, degrengolada i upadek taternictwa jaskiniowego. A ja oprócz tego, że Agnieszka za szybko lezie po Kobylarzu i nie tylko cieszę się, że nie muszę wysłuchiwać słów: piwo, wódka, wino. Jest tylko jaskinia na tapecie.

Odbiegłem od tematu głównego, peregrynując tematy poboczne, a w sumie, to jaskinia wydawać by się mogła wyłącznie i li tylko dodatkiem do życia towarzyskiego. Pozdrawiam speleologów, ja skromny grotołaz.

I znowu odbiegłem w swej złośliwości, więc wracam na szlak koloru niebieskiego. Jest pięknie. Nie tylko dlatego, że słońce świeci, las, ten liściasty nie zjedzony przez Kornika Drukarza czy coś tam innego mieni się liśćmi we wszystkich kolorach palety kolorów RAL (zboczenie zawodowe), no prawie wszystkich. Jest pięknie również za sprawą Pań, Kobiet, które w tych leginsach, kiedyś tak przeze mnie ignorowanych, wspaniale prezentują się idąc po szlaku. To nie żaden szowinizm, po prostu jesteście piękne i jako człowiek trochę wrażliwy dostrzegam to piękno i się nie nim za pomocą moich uzbrojonych w okulary oczach delektuję, czego świadectwem są ostatnie chyba jak dobrze liczyć trzy zdania. Zdaje sobie, że piewcy piękna potrafią elaborat długi napisać, ale ja proszę o wybaczenie, trzy zdania które i tak mogą na moją siwą głowę pioruny ściągnąć.

20201107litworowa02

Powyżej Kobylarza, tam na tym wypłaszczeniu, skąd widać Giewont z tym symbolem okupacji tej ziemi spotkałem kolega Prymulę i Łukasza z SBB, do których po mnie dołączył kolega Włochaty, o przepraszam, Kudłaty. Razem poszliśmy dalej w pięknych i ciepłych promieniach słońca do jaskini. Z Kobylarza to można iść w lewo, mocniej w prawo i delikatnie w prawo. Naszym celem było delikatnie w prawo, czyli jaskinia Wielka Litworowa. Lubię tę jaskinię. Niekiedy jak kładę się spać, to odtwarzam w wyobraźni ciąg korytarzy od otworu do Biwaku. Najczęściej w okolicach II pięćdzięsiątki zasypiam, ale niekiedy udaje mi się dojść do Biwaku. A gdy nie mogę zasnąć wchodzę obrazami w Partie Zakopiańskie, a tam się gubię i zasypiam.

Powoli się przebieramy. Nie mogę wyjść z podziwu, listopad, a tu tak ciepło, siedzę w majtach, zbieram witaminę D3, nie narzekam, że jest zimno, nie przyśpieszam ruchów. I komu to cholera przeszkadza, że jest ciepło? Nie może tak być przez cały rok? Ktoś narzeka, że zima musi być, bo chce pojeździć na nartach. A gdyby ten premier krzywousty wydal kolejne brednie w formie rozporządzenia, że nie można jeździć na nartach, to zima nie byłaby potrzebna i niech będzie lato. Co, że będą protestować? Skąd. Ci niewolnicy, schylą głowy, pomruczą coś pod nosem, napiszą coś na facebuku i po protestach. Karni niewolnicy. Wolność im zabierają, godność, prawa, nie protestują to w sprawie nart zaprotestują?

W końcu trzeba pożegnać się ze słonkiem i wejść do jaskini. Pod zlotówką ani grama śniegu. Super. Białe gówno: wypierdalać. Idę jakoś na końcu, wpinam się w linę i jadę w dół, i tak lina za liną. Mijam te znajome miejsca, ściany, wanty. Świetnie się tu czuję, jak u siebie. Coś tam jest, czego nie potrafię opisać, coś co nadaje mojemu życiu jakiś sens, ładuje mnie pozytywną energią, pozwala oderwać się od gówna na powierzchni. Ech.

Na dole płytowca spotkałem dwóch grotołazów, którym nieobcy był mój pseudonim, na co ja jak zwykle musiałem przepraszać, że imion czy pseudonimów ichmości nie pamiętam, bo taką mam wadę.

Jest i biwak. Prymula chce już dalej lecieć. Widzę to w jego gestach, bieg, bieg, bieg. Jak chcesz biec to biegnij, my jemy, pijemy i wyciągamy palniki. Wyraz twarzy Prymuli bezcenny. Psy pana nie słuchają, ha, ha, ha, ale i tak go bardzo lubię. On podobnie mnie też, co jest bardzo dziwne, bo wszak takich jak on jest niewielu. (Ktoś później mi przypomina, że Prymula minimum dwa razy powiedział, że mnie kocha. Ze wzajemnością. A co z obecaną kiedy ś dawno lewatywą?).

Ja wyciągam beczkę, z niej palnik. Prymula kręci oczami, już słyszę jego myśli: Frytka, czy musiałeś tyle brać, przecież to jest ciężkie.... Ale to nic. To jest preludium. Kolega Kudłaty wyjmuje kawiarkę, po co nie muszę chyba wyjaśniać. Prymula oczy robi duże, ale gdy Kudłaty wyjmuje ręczny młynek do kawy to Prymula ma chyba stan przedzawałowy. Twarz Prymuli, tego widoku nie kupi się kartą kredytową. Ha, ha, ha. Jest fantazja i dobry smak. Po posiłku, kawie, uprzejmie pozwalamy Prymuli prowadzić nas gdzieś dalej. Idziemy w Partie Bielskie od biwaku. Po linie pionowej, i po następnej  poznaję kilka spitów, szczególnie tym ostatnim nie ufajcie nadmiernie, coś wiem o tym. Jakiś meander i znowu na kolana. Byłem już tam kiedyś, ale drogi nie pamiętam za dobrze więc cieszę się, że prowadzi Prymula. Włóczymy się również po Nowych Partiach Bielskich. Poznaję i te okolice. Przy jakiejś Hydrozagadce zawracamy. Tym razem przez II Pięćdziesiatkę, ot takie małe kółeczko zrobiliśmy.

A na biwaczku rozpusta. Jedzenie, głupie gaworzenie i takie tam inne dziwadła, które stały się normą na naszych biwaczkach.

Rano, niedobry Prymula, bezwzględny każe nam wstawać. Ja jak mantrę powtarzam, słońce jeszcze nie wstało, jest ciemna noc, więc nie warto opuszczać ciepłego śpiwora. Jak Anarchia to Anarchia, wstaję jako jeden z ostatnich i zgłaszam chęć deporęczowania, bo nie będę biegł. Ruszam jako ostatni, przede mną Agnieszka, której też zbieranie się zajęło tochę czasu. Gdy tak wlokę się na końcu, mogę tak w samotności kontemplować jaskinię. Tu gdzieś spadnie kropla wody, tu kamyk spada, nietoperz leci. Zwijam linę nucąc pod nosem nieopuszczającą mnie od kilku dni Piosenkę Patriotyczną z bardzo chwytliwym refrenem:

JEBAĆ pis....

Jest i powierzchnia. Słońce dalej wspaniale świeci, jakby od wczoraj nic się nie zmieniło. Jest tak pięknie, tak jestem spragniony gór, że proponuję Agnieszce spacer po Czerwonych Wierchach, aż po Ciemniak. Pożegnaliśmy się z kolegami i poszliśmy pod górę. Było tak ciepło, że zdjąłem koszulkę. Dziwnie kontrastowałem z ludźmi na szczycie Małołączniaka, odzianymi w ciepłe kurtki, w czapki i rękawice. Ale nie tylko brak koszulki powodował zainteresowanie, lecz bardziej symbolika Strajku Kobiet na moim worze transportowym i to proste, ale jak wymowne hasło skierowane do Zjednoczonej Przestępczości: WYPIERDALAĆ. Jeszcze miesiąc temu nie napisałbym takie słowa. Bardzo bym się z nim na plecach źle czuł. Ale czasy się zmieniły. Jaki rząd, takie słownictwo, jak to powiedziały Kobiety: miłe już byłyśmy i ja też. I tak sobie szedłem, słysząc miłe komentarze.

W pewnym momencie trójka mężczyzn skomentowała pozytywnie symbolikę na moim worze, ja coś tam odpowiedziałem, wywiązała się rozmowa, wyszło, że ta trójka to grotołazi z STJ, którzy mnie znają, a ja jak zwykle nie mogłem sobie przypomnieć imion czy miejsca poznania, za co jak zwykle przepraszam. Nawet nas zaprosili do peregrynacji pewnej jaskini, tego dnia, na co ze smutkiem musiałem udzielić odpowiedzi negatywnej. Czas nas gonił.

Co jakiś czas czekałem na Agnieszkę, jednak nie jest taka szybka jak we wcześniejszej części artykułu.  I gdy tak stałem byłem co jakiś czas pytany, czy nie jest mi zimno, a nawet zaproponowano mi czapkę. Chwilami musiałem się tłumaczyć, że gdy się śpi w jaskini przy 3 stopniach, to ta temperatura na powierzchni jak dzisiaj jawi się jak tropikalna.

Na Piecu postanowiłem ponownie poczekać na Agnieszkę, bo szło mi się jakoś nad wyraz dobrze, po tej ponad miesięcznej przerwie bycia w górach czy w jaskiniach. Dla świętego spokoju ubrałem koszulkę. Gdy Agnieszka dotarła ruszyłem dalej. Ponownie mijałem kilku młodych mężczyzn i tu zdarzyła się najśmieszniejsza sytuacja tego dnia. Usłyszałem, zimno się zrobiło? (aluzja do ubrania przeze mnie koszulki).  Odpowiedziałem, że nie, że jest  mi teraz za gorąco, ale miałem dość  wzbudzania niezdrowej sensacji na szlaku. Na co jeden z nich powiedział, że ich dziewczyny i nie tylko ich zamiast na nich się patrzeć, wszystkie patrzyły się na mnie. Zatkało mnie. Uśmiechnąłem się i poszedłem dalej. Cóż to ja mógłbym z tymi dziewczynami zrobić? Potrzymać na kolanach pięć minut i później prosić aby wstały bo dziadka w kolanach boli:)

I tak w doskonałym nastroju dotarłem do samochodu. A później, do piątku, najdłużej dotknąć łydek nie mogłem, tak mnie bolały od zakwasów i tak skończył się ten dwudniowy wojaż dziadka po górach i jaskini.

 

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.