^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-11-21 Ptasia Studnia

Od ostatniego wyjścia do jaskini minęły dwa tygodnie. Miała być tylko tygodniowa przerwa ale do wnucząt pojechałem. Po tych dwóch tygodniach zbieram po drodze Agnieszka, która pomimo przestróg w moim towarzystwie ponownie udaje się do jaskini.

Tym razem celem jest Ptasia Studnia. Nie spadło dużo śniegu, więc pomyślałem, że można spróbować uderzyć na Nowe Dno, bo dawno tam nie byłem. Po drodze przez Polskę, bo Słowacja w jakimś tam stopniu jest nawet na tranzyt dla mnie zamknięta (trzeba mieć glejt z negatywnym wynikiem na ciulowirusa) widzę jak temperatura na termometrze spada. Na parkingu jest -8. Ruszam jak zwykle 20 minut po Agnieszce, bo zjadłem coś na ciepło. Po drodze zorientowałem się, że cienkie spodnie to trochę za mało na tę temperaturę. Mijam trochę ludzi. Śnieg leży na szlaku, ale nie ma go dużo. Niedaleko od miejsca gdzie mamy zejść na ścieżkę, w promieniach słońca czeka na mnie Agnieszka i narzeka, czemu tak długo mnie nie było. Na usta pchała się riposta: ty się ciesz, że ja w tak zaawansowanym wieku jeszcze tu dochodzę.

20201121ptasia06

Odbijamy w lewo. Przypominam, że jak jest więcej śniegu, trzeba nadłożyć drogi aby nie spać wraz z lawiną. Jest już pod nami Dolina Mułowa. Żegnam słońce i wchodzę w cień Czerwonych Wierchów. Od razu robi się zimniej. Na dole, gdy ściągam koszulkę nie jest miło. To zimne powietrze przelewa się przez próg, na krawędzi którego stoję. Dochodzi do mnie druga grupa z Nocka, która też wchodzi do Ptasiej. Tak się jakoś umówiliśmy, że oni zjeżdżają po naszej linie na powierzchni a później idą po swoich linach. A my mamy problem. Linę tę na powierzchnię mamy, ale złotówkę to należy pierwsze odmrozić. Zastanawiam się jak ją ogrzać nad palnikiem, gdy kolega proponuje, że możemy jechać po ich zlotówce, za co bardzo dziękuję, ale nasz plan bierze w łeb. Na nowe dno to już my nie pójdziemy. Wybieram coś krótszego. Pójdziemy do Bazyliki. I tak sobie szliśmy bez pośpiechu, bez sprężu, z długim popasem w Sali Dantego. Z jakiś krótszych lin poręczuję Studnię Taty, na którą potrzeba niby 8 + 90 metrów. Gdzieś tam pomiędzy dwoma przepinkami łączyłem kolejne liny. I jakoś tak wyszło, że gdy przejeżdżałem węzeł, bez klasycznego drugiego przyrządu zjazdowego, na linie pozostała mi płanietka, o której zdjęcie prosiłem Agnieszkę. Hmm, drugi raz mi się coś takiego przydarzyło. Starość nie radość. Chyba trzeba będzie przejazd przez węzeł z samą rolką poćwiczyć pod mostem, aby nie palić się ze wstydu w jaskini.

Gdy Agnieszka zjechała, zawróciliśmy. I tak powoli wlekliśmy się na górę. Na powierzchni próbowałem uruchomić telefon, smartfona. A on przystąpił do Strajku Kobiet. Nic tylko czerwona błyskawica na czarnym tle błyskała. Na nic zdało się trzymanie pod kurtką, trzymanie na podgrzewaczu elektrycznym, Strajk Kobiet, czerwona błyskawica na czarnym tle. Zawsze twierdziłem i kolejny raz się potwierdziło, smartfony to może i są dobre ale w mieście, na deptaku, a nie w górach.

Ja czekałem kilkadziesiąt minut na drugą grupę aby zdeporęczować linę na powierzchni, którą dla nich zostawiłem, ale zmarznięty musiałem w końcu ruszyć. Zimno było bardzo. Nawet stopy w moich super cieplych gumowcach zaczęły mnie boleć od zimna. Agnieszkę, która ruszyła 50 minut wcześniej, dogoniłem dopiero za Polaną Upłaz, gdzie było już bardzo ciepło, gdzie mogłem iść w tylko 2,5 warstwie odzieży zamiast w pięciu. I tak powoli dowlekliśmy się do samochodu by ruszyć z postojami po drodze do domu i zakończyć kolejne wyjście do jaskini.

 

 

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.