^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-12-20 Wielka Litworowa trochę dłużej

Wielka Litworowa, 20 grudnia 2020 roku, a właściwie roku zerowego.

Przyjechaliśmy już trochę spóźnieni z Agnieszką do Kir. Sen mnie morzył po drodze. Po dłuższej drodze, przez ciulowirusa oraz zimę biegnie ona przez Rabkę. A gdy w końcu dobiliśmy na znany parking zabrałem się do jedzenia a Agnieszka wyszła na szlak. Najadłem się okropnie fasolką po bretońsku i czekałem tylko na to gdy odpali mi napęd rakietowy i przegonię Agnieszkę na szlaku. Jak na złość wlokłem się jak ostatni cepr. Na Skoruśniaku to już jaskinię miałem gdzieś, tylko jedna myśl się tłukła po głowie, po co się męczyć. Ale szedłem dalej. Przed Kobylarzowym Żlebem dochodzili mnie turyści. O zgrozo, zostać wyprzedzonym? Mam to gdzieś, niech wyprzedzają, dziadek jestem i jestem w innej klasie. Nie udało się im. A w Kobylarzu zostali w tyle jak i wielu przecudnych młodzieńców w tych super ciuszkach. Szedłem z tym worem na plecach i co jakiś czas kogoś wyprzedzałem. A Agnieszki nie było na horyzoncie, napęd rakietowy nie działał. Kobylarz przelazłem, przeszedłem, wyszedłem w miarę dobrym czasie i w dobrej o dziwo kondycji. Na górze czekała Agnieszka, pełna taktu, czyli bez słów: dłużej nie dało się maszerować? Ja tak taktowny bym nie był. Wszak znany jestem z tego.

20201220litworowa05

Dalej już poszliśmy razem. Słonko pięknie przygrzewało. Było cudnie. Przepięknie. Patrząc z góry na chmury zaścielające ziemie poniżej nas, byłem szczęśliwy byłem, że jestem nad nimi. Na ścieżce do otworu jaskini Wielkiej Litworowej mało śniegu. Przeszliśmy bez raków i czekanów. Jak na grudzień, to śniegu jak na lekarstwo albo jak respiratory zakupione przez reżim, zapłacone a ich ni ma. Przebieramy się trochę wcześniej, na słońcu. Opalam się, łaknę witaminy D3. Ale w końcu czas wejść pod ziemię i zaczyna się. Nie jestem wstanie nic zrobić. Coś mnie ścina. Agnieszka poręczuje. Ja ledwo zjeżdżam pod złotówkę. Nie mogę się pozbierać, zasypiam. Agnieszka poręczuje a ja obiecuje, że pójdę za nią. Nie mam sił. Ktoś bezpieczniki wykręcił, te moje. Zasypiam. Budzi mnie głos z daleka Agnieszki abym wstawał. Zaczynam zjazdy. Tysięczny (x10) raz wpinam się w linę. Automatycznie wykonuję ruchy. Kilkanaście lat w jaskini jest gwarancją, że to co robię tym razem też robię dobrze. Dojeżdżam do biwaku i mówię Agnieszce, że Magiel, Elektromagiel, Błękitną lagunę, Nowy biwak, jeśli o mnie chodzi to nie dzisiaj, kiedyś indziej, jem i zasypiam. I śpię 15 godzin.

20201220litworowa25

Trzuska mnie załatwiła. Wywaliła tyle insuliny, że zbiła cukier do minimum. Całe szczęście, że nie mierzę cukru. Bo gdybym go zmierzył i zobaczył odczyt to pewnie musiałbym umrzeć.

Agnieszka miała jakieś plany, powiedziałem, że może gdzieś się przejść. Że jest gdzie pójść na spacer, ale też zaległa i też spała. Mieliśmy wcześnie wstać aby coś mimo wszystko zobaczyć, ale się nie udało. Było śniadanie i wyjście na górę gdzie przywitało znowu nas piękna pogoda ze słońcem na czele. Na całe szczęście czułem się już dobrze, po linie szedłem jak zwykle. Najwidoczniej to nie był ten czas, to nie było to miejsce abym zakończył swój nędzny żywot.  Chociaż zakończyć je w jaskini, we śnie...

Na powierzchni jak napisałem było super. Aż nie chciało się schodzić w dolinę, na dół. Ale musieliśmy zejść. Do samochodu dotarliśmy po zmroku i ruszyliśmy do domu. Po 20 byłem w domu, a następnego dnia trzeba było iść do pracy. Brakowało jednego dnia na regenerację sił, no cóż, ciężki jest żywot grotołaza, i to jest to coś co mnie niezmiernie cieszy, przynależność do nielicznych.

 

 

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.