^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-12-12 Klasyczny trawers Czarnej

Otrzymałem swego czasu e-maila. Czy gdzieś się wybieram i czy aby może to być krótsza akcja. Udało się zgrać i poszliśmy w trójkę na klasyczny trawers Czarnej, Kaja, Agnieszka i piszący ten artykuł. Taa, Kaja wróciła na jaskiniowe łono po długiej nieobecności, wywołanej macierzyństwem. Cieszyłem się podwójnie. Dawno się z Kają nie widzieliśmy, a po drugie, lepiej się chodzi po jaskiniach z „osobistym” instruktorem, zawsze to raźniej, a nie jak ostatnimi czasy bywało, wszystko spadało na moje ramiona, a tak w końcu pojawił się Ktoś co się na pewno zna na tych sznurkach, motaniu węzłów itd.

Wracając do samego wyjścia, to droga do otworu przebiegła na miłej rozmowie, bez nadmiernego białego gówna na podejściu. Po drodze zauważyliśmy odbitą stopę niedźwiedzia na śniegu. W porównaniu z moim gumowcem, to ma on chyba platfusa. Gdy kończyliśmy przebieranie pojawiła się druga grupa, w podobnym układzie, dwie panie i jeden pan. Wyobrażacie sobie w normalnym życiu chodzić z dwoma paniami na raz? A w jaskini to możliwe. To taka jaskiniowa poligamia. Ale popłynąłem...

Druga grupa to też taki mieszany skład, jeśli chodzi o speleokluby, KKTJ, Vertical. Tym panem to sam mistrz fotografii jaskiniowej Janek. Jakoś tak w trakcie śmichów i chichów pojawił się temat Strajku Kobiet i wyszło, że jesteśmy wszyscy po tej samej stronie barykady.

20201212czarnaa10

Weszliśmy jako pierwszy zespół. Poręczowałem liną Janka. Później jak nas dogonił na Kominie Węgierskim narzekał na moje poręczowanie, nie dogadaliśmy się z których punktów mam skorzystać z uwagi na krótka linę, ale zrehabilitowałem się umożliwiając im przejście tym razem po mojej linie komina.I gdy nasze drogi się rozchodziły, my szliśmy głównym ciągiem a  oni poszli w Partie Królewskie poniosło się gromkie JEBAĆ pis a na koniec padło WYPIERDALAĆ.

Poszliśmy dalej. Bez pośpiechu, spacerkiem. W ciekawy sposób Agnieszka pokonała Przewieszoną Wantę, ten rozkrok był imponujący. Ja jak zwykle umęczyłem tę przeszkodę bokiem, jak zawsze licząc, że się nie poślizgnę i nie spadnę. Zjechaliśmy Imieninową i wędrowaliśmy dalej. Jeszcze Próg Latających Want i ostatnia ciasnotka, której przejście jak zwykle skutkowało ubrudzeniem kombinezonu. Przebraliśmy i poszliśmy dalej. Gdy wszedłem na szlak to zaczął się cyrk. Co chwila grawitacja ściągała mnie na ziemię. Ale ostatnie dwa upadki nie były chi chi. Zbierałem się z trudem, po głowie rozlał się ból, biodro było jakieś nie swoje. Wlokłem się boczkiem, po krzakach aby znowu nie wywalić orła.

W końcu nadszedł czas rozstania, a tyle jeszcze nie został wypowiedziane. Padło do następnego razu, które mam nadzieję nie będzie odległe. A nasza dwójka rozpoczęła powrót do domów.

Zdjęcia, a na pewno ich większość, w tym artykule, w poprzednich i następnych jest autorstwa Agnieszki.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.