^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-01-09 Grotołażenie w Miętusiej

Kolejny weekend nowego roku 0001. To już drugi weekend i drugi raz jedziemy do jaskini. Jak zwykle we dwójkę pomimo zapowiedzi, że niektórzy bardzo są zainteresowani wyjściem. Jak widać chyba nie. I nie zamierzam wprowadzać do programu wyjazdu wódki, piwska aby jednak zachęcić i uatrakcyjnić wyjazd. Bo mnie wystarczy dalej tylko i wyłącznie jaskinia.

Tym razem nasz cel, piszę nasz, bo jakoś tak jest, że teraz już nie chodzę sam ale w towarzystwie Agnieszki, leżał w głębi Doliny Miętusiej, pod prawie taką samą nazwą: Jaskinia Miętusia. Śniegu trochę spadło, ale ścieżka była przetarta. Według krążących informacji, i w tej jaskini nas puszcza. Pogoda była sprzyjająca, nie padało, gdzieś tam na czubkach Czerwonych Wierchów chwilami się przejaśniało, mróz nie dawał się we znaki.

Przy otworze spotkaliśmy sześć osób z KEJ i AKG. I tu nastąpiło moje zdumienia. Po standardowym dzień dobry usłyszałem, że nie musimy zabierać dzisiaj sznurków na główny ciąg, bo na pewno wcześniej wyjdziemy a oni idą do końca za Marwoja. My co prawda planowaliśmy pójść do Wielkich Kominów i coś może jeszcze, i swoich lin mieliśmy 200 metrów, ale gdy padła jakże miłą dla ucha propozycja nie zabierać paru sznurków oczywiście bardzo podziękowałem i wyraziłem wielką ochotę skorzystania z oferty. Bo tak dla Twojej wiadomości Szanowny Czytelniku moich wypocin, taka oferta bardzo, ale to bardzo rzadko pada. I tym większe należą się podziękowania Jarkowi z KEJ za propozycję. Nie pozostałem długo dłużny i zaproponowałem, że postaram się odwdzięczyć w sierpniu pewną propozycją. Rozmowy toczyły się na wiele tematów, w tym o wspólnych znajomych we Włoszech itd.

Weszliśmy jako drugi rzut. Następowaliśmy trochę na plecy poręczującym. Przy Wielkich Kominach pożegnaliśmy się i zacząłem poręczować zjazd. Udało się zjechać na dół, popatrzeć na wodę i wrócić do głównego ciągu. W Wielkich Kominach, na szczęście nie było dużo wody. Mniej więcej suchy postanowiłem udać się w kierunku Marwoja bo mało mi było jaskini pomimo porannej porażki. Pod „choinką” znalazłem urządzenie o którym marzyłem. Nie chodziło o przyrząd do masażu prostaty czy kręgosłupa, ale podgrzewacz jedzenia do samochodu. Po załadowaniu porcji jedzenia, powinno się ono powoli podgrzewać by w Kirach lub w innym docelowym miejscu można go było spożyć od razu bez konieczności montowania kuchenki, odgrzewania, czyli traceniu czasu na te operacje. Raz urządzenie coś tam podgrzało. Za drugim razem jedzenie było tylko letnie. Tym razem w ogóle nie zadziałało. I poszedłem głodny do jaskini. Stąd moje zdziwienie, że chciało mi się iść do Marwoja. Poszliśmy. Gdy byliśmy przy wodzie słyszeliśmy głosy zza wody. Przeprawili się, czyli jest prześwit. W drodze powrotnej spotkaliśmy dwuosobowy zespół zmierzający do Marwoja. Na Kaskadach męczyłem się, jakiś dramat. W rurze nie było chi chi. Brak jedzenia dawał o sobie znać. Wlokłem się jak stary FrytkaPunk na głodzie. Całe szczęście, że miałem jeden wór. Z dwoma wlókłbym się dwa razy dłużej.

Na polu jest w miarę ciepło. Przebieram się powoli i powoli drobię nogami w drodze powrotnej. Tylko czemu ten wór jest taki ciężki. Liny opiły się jakby dwa miesiące były na detoxie i są bardzo ciężkie. Ale idę. Proszę tylko Agnieszkę, żeby nie tak szybko. Bo po co. Dłużej sobie ten wór poniosę.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.