^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-02-06 Trawers wiadomo jakiej jaskini

Trzeci kwietnia pierwszego roku po ciulowirusie.

Odrabiając zaległości w sprawozdaniach, w końcu z dwumiesięcznym poślizgiem parę słów na temat kolejnego trawesu Czarnej.


 

Pierwszy weekend lutego. Jadę w Tatry do jaskini. Wyruszyłem dość późno jak na mnie, nie przed godziną 4 rano, ale gdzieś po godzinie 5. Nie śpieszy mi się. Nie jestem z nikim umówiony i mam usprawiedliwienie. W piątek byłem na proteście Strajku Kobiet w Bielsku-Białej i wróciłem do domu później niż normalnie kładę się spać przed wyjazdem do jaskini (normalnie, czyli o godz. 20:00).

Jadę przez Rabkę. Białe gówno z nieba się puściło, zaległo na drogach, i jazda przez przełęcze, przy moich umiejętnościach to jak wołanie pośród fanatyków religijnych: gdzie jest wasza wiara, może skończyć się wyłącznie katastrofą. Dojeżdżam do Kir późno, jeszcze później ruszam na szlak, po zjedzeniu czegoś tam na ciepło. Czekam w kolejce do budki po bilet. Tyle ludzi, kto by się spodziewał. Jestem zaskoczony. Skręcam na Polanę Pisaną i wlokę się do góry. Po śladach widzę, że jakaś grupa jest przede mną. Pod jaskinią jednak nikogo już nie ma, pozostały tylko tobołki. Zjeżdżam zalodzoną zlotówką. Który to już raz wchodzę do Jaskini Czarnej? 45? Który to już mój trawers? Nie pamiętam.

Próg Rabka robię błyskawicznie, bez stękania. Trawers Herkulesa również. Jest dobrze. Słyszę głosy na Kominie Węgierskim. To nie omany. Jestem blisko grupy pierwszej. Idę obejściem Komina Węgierskiego, widzę nawet światło czołówek. Nie, żadnych grzybków nie jadłem, to nie są omany jak by się ktoś pytał.  Kontakt wzrokowy z grupą przede mną uzyskuję na trawersie Jeziorka Szmaragdowego. Gdy motam się z liną słyszę pytanie: Frytka? Si. Sylwia, pytam?

Odstawiają mnie, bo auto asekuracja zajmuje mi trochę czasu. Za trawersem obiaduję. Ale bez herbaty. Wody nie ma. W Szmaragdowym Jeziorku bardzo niski stan wody, bez przepływu i nie ryzykuję pobrania z niego wody. Trochę o tzw. suchym pysku idę dalej. Gdy pokonuję kolejny prożek napotykam się na kilka osób. Ruch tu jak w Dolinie Krupówek. Pytam się uprzejmie nowoprzybyłych, albo mijanych, czy aby są z grupy mistrza Janka? Młodzi ludzie poinformowali mnie, że mistrz Janek jest przy Przewieszonej Wancie i wisi na niej ich lina. Nie tracąc czasu przyśpieszyłem. Taka okazja rzadko się zdarza. Wisi tam lina. Bo to jest jedyne miejsce na trawersie którego nie lubię. Przechodzę za każdym razem tę przeszkodę metodą oblężniczą, licząc, że nie spadnę.

Mistrza Janka spotkałem pod Przewieszoną Wantą. Pogadaliśmy trochę o tym i o wym. Padło trochę niecenzuralnych słów pod adresem Zjednoczonej Przestępczości. Dalszą drogę pokonałem wraz z nimi, częściowo korzystając z lin zespołu Janka, częściowo rozwieszając moje sznurki.

Z otworu północnego wyszedłem już po ciemku. Trochę zmęczony, a tak po prawdzie bardziej niż trochę zmęczony, pierwsze cyfry mojego numeru PESEL nie napawają optymizmem, lepiej z kondycją to już chyba nie będzie. Śniegu trochę dosypało w trakcie mojego pobytu pod ziemią. Przebrałem się i powoli ruszyłem dalej bo w gumowcach trochę zimno w stopy było. Koleżanki i koledzy dogonili mnie na Adamicy i resztę drogi pokonaliśmy razem. A później pożegnałem się, podziękowałem za towarzystwo i ruszyłem do domu, by gdzieś blisko północy zaparkować szczęśliwie Punkowoza pod domem.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.