^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-02-27 Jaskinia powyżej granicy lasu

Ledwo się wyrobiłem w lutym. Ostatni weekend, a ja byłem tylko raz w tym miesiącu w jaskini. Ale się udało, rano w sobotę ruszyłem, pomimo, że w piątek rano myślałem wyłącznie o remoncie w łazience, o wymianie jakiejś żeliwnej kratki w podłodze, przez którą zalewam sąsiadkę, tak tej samej, którą chciałem wymienić siedem lat temu, gdy robiłem generalny remont w łazience a na wymianę której i rur odpływowych nie chciała się zgodzić ta sama sąsiadka. Ironia losu.

Pal licho cieknącą kratkę, jadę do jaskini postanowiłem. I tak też zrobiłem. Zapakowałem się do samochodu i ruszyłem. Tym razem jakoś szybko dojechałem do Kir. Droga oprócz kilkuset metrów na Przełęczy Krowiarki była czarna i sucha. W Kirach padał śnieg. Coś tam odgrzałem, przeze mnie przygotowanego, zgadza się, najsmaczniejsze nie było i ruszyłem. Wór na plecach ważył 24 kilogramy, z czego ponad 7 kg lin. Niewielu ludzi mijałem w dolinie. Wczesna pora, pogoda nie ciekawa. Na świeżo spadłym śniegu, na szlaku wzdłuż Skoruśniaka było widocznych kilka śladów. W Kobylarzu minąłem z naprzeciwka trzy osoby. Trochę z nimi porozmawiałem, miałem czas, ubierałem raki. I ruszyłem dalej. Po jakimś czasie dogonił mnie jeden człowiek. Krótkie spojrzenie i wiedziałem, że mam do czynienia z grotołazem. Wyszło, że on wraz z dwoma kolegami idą do tej samej jaskini co ja, Pod Wantą. Niedługą chwilę później cała trójka mnie wyprzedziła. Och, jak mi się dłużyła droga pod górę. Wór na plecach wcale nie pomagał. Na górze była mgła. Chwilę szedłem po śladach kolegów a później myślałem, że już czas odbić w bok na ścieżkę do jaskini. Pomyliłem się, ale korzystając z nowoczesnej technologii do tarłem pod otwór prawie w tej tym samym czasie co koledzy z STJ.

Było zimno. Szczególnie gdy ściągnąłem przepoconą, ciepłą koszulkę i śnieg w granulkach spadał na ciało. Brrr. Jakby tak ten premier, krzywosuty, pinokio, znowu zamknął Tatry, jak zwykle jak to on niezgodnie z prawem, dumnie powiewając sztandarem na którym jest nasrane prawo i sprawiedliwość, to nie musiałbym tak marznąć. A tak marznąłem i marznąłem. A w domu mam ciepło, chata wolna, Starej:) nie ma. Chyba dalej lubię jaskinie i to wszystko co się z nimi wiąże, nawet te chędożone zimno. Jest coś jednak co mi zaczyna przeszkadzać, trasy dojścia do jaskini, czy to tak wszędzie musi być tak daleko? Nie czekam na odpowiedź, znam ją dobitnie, musi.

Otwór częściowo zawiało. Nie ma dostępu do punktów, kolega poręczuje z punktów naturalnych, żywych, takich trochę o podejrzanej proweniencji. Mojej liny by nie starczyło, więc za zgodą kolegów zjeżdżam po ich linie. Później poręczuję swoją liną. Jest ciepło to i się nie śpieszę. Po zimnie na powierzchni to na początku czuję, że jest upalnie. Niestety po jakimś czasie ten efekt mija i jest jak zwykle w jaskini, zimno. W dużej sali po zjeździe coś tam jem na sucho i popijam sokiem. Koledzy zjeżdżają po kolei. Po krótkiej rozmowie zaczynam powrót, koledzy będą się wspinać a ja muszę spadać, aby nie zrzucić na nich kamieni. Ruszam do góry. Na powierzchni żegnam się z jaskinią, przebieram się i ruszam po własnych śladach. Na grzbiecie jest taka mgła, że nawet ślady się tracą. Nie wiem gdzie iść. I na taką ewentualność mam ze sobą GPS. Właśnie tam to chyba nie ma nikogo mocnego, co by wiedział w którą stronę się udać. Robi się ciemno. W sumie to nie ma znaczenia, bo i tak gówno widać. Idę za wskazaniami GPS. Dochodzę do Kobylarza. Nie ma wiatru, jestem sam i powinno być cicho, a jednak nie jest. Przez cały dzień sypał śnieg, ale taki w granulacie i teraz słyszę jak się sypie po ścianach. I nie jest to ciche szemranie, ale dość głośne. Dopóki to gówno się tak zsuwa, to nie ma zagrożenia lawinowego, mam taką nadzieję. Na wszelki wypadek, takich momentach rozpinam pas biodrowy, by w chwili wyzwolenia lawiny zrzucić wór z pleców i być lżejszym. Szczęśliwie schodzę na dół i idę dalej. Szukam sygnału telefonii komórkowej. Równo rok temu córka uszczęśliwiła mnie dużym telefonem. Może i on jest fajny, można wiele rzeczy na nim zrobić, ale w górach jest z nim jeden problem. Nie łapie zasięgu. Tam gdzie moje poprzednie klawiszowce działały bez problemu te srajfoniki mają wielki problem. Śpieszę się aby złapać sygnał i przed godziną alarmową się zameldować telefonicznie. 45 minut przed godziną 20 w końcu łapie sygnał i mogę zwolnić. Wór jest taki ciężki. Gdy w końcu dochodzę do samochodu zrzucam go z wielką przyjemnością.

Kolejny raz, nie wiem już który, bo przestałem już liczyć, myślę o tej cholernej martyrologii, o bezsensownym noszeniu lin za każdym razem. Komu to przeszkadza aby tam sobie wisiały? Pewnie wielu, skoro jestem odosobniony w takim myśleniu.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.