^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-05-08 Zamiast do Dziadka spacer z Dziadkiem

Planowałem wyjazd do jaskini. Myślałem o Wielkiej Litworowej. Myślałem, że śniegu będzie mało i będzie bezpiecznie. Niestety zaczął padać śnieg i przestało być bezpiecznie. W maju, przypominam. Odezwała się w międzyczasie koleżanka. Powiedziała, że do Wielkiej Śnieżnej można wejść. I chciałaby dotrzeć do Syfonu Dziadka. Dałem się skusić.

Przyjechałem do Doliny Małej Łąki wcześniej niż zwykle. Bo po siódmej miał startować Chomik wraz z swoją grupą. Przy wylocie spotkałem się z koleżanką i jej kolegą. Śnieg przestał prószyć. Za tą dużą polaną zaczął się śnieg, którego z każdą chwilą na ziemi było coraz więcej. Przed Przechodem ubrałem raki i zaczęliśmy podejście. Śnieg był bardzo twardy, zmrożony. Raki kiepsko się wbijały, ale udało się dojść do jaskini, a dokładnie pod otwór.

20210508sniezna04

Koledzy, Chomik i Kamil odwalili wcześniej kupę roboty, a dokładnie śniegu aby dokopać się do otworu. Jednak jak pokazała nieodległa przyszłość, robotę mogli wykonać lepiej, ale nie jest to takie proste. Ten kto nie szukał otworu jaskini w śniegu to nie wie jak trudno się do niego dokopać, nawet z namiarem GPS, gdy nie wiadomo jakiej grubości jest pokrywa śniegu. Koledzy wykopali prawie pionową studnię. Niestety jak zaczął padać śnieg, to wszystko lądowało w jaskini, a właściwie w rurze. I jak chcieliśmy wejść do jaskini to musieliśmy pierwsze kopać. Kolega wziął łopatę i zanurzył się pod ziemią. W międzyczasie dotarł do nas Kapral Chomik ze swoją grupą z szacownego Speleoklubu Bielsko-Biała, w którym swoje pierwsze węzły wiązał piszący ten artykuł. W dobie pandemii obyło się bez buzi-buzi, papci-papci itd. Skończyło się na rytualnym jeszcze: Ciebie tu brakowało itd. Nie, w sumie tak nie było. Nawet nie dokuczaliśmy sobie, ja-Chomik.

Po 40 minutach z otworu wyłonił się cały mokry kolega. Nie udało mu się przekopać rury. Nie widziałem chętnych do kopania, więc ciężar ten spadł na mnie. Wyposażony w łopatę wślizgnąłem się do rury. I zacząłem kopać. Chociaż z kopaniem to nie miało wiele wspólnego. Proszę sobie wyobrazić, wąską rurę, gdzieś pod kątem 70 stopni, pełną śniegu, i FrytkęPunk próbującego łopatą dziabać to co ma pod nogami. Trzeba było urobek, najlepiej w postaci małych drobin upychać w szczelinie pod sufitem, aby spadała na dół. Po jakimś czasie coś się zacięło. Szczelina się zatkała. Dotarł do mnie Chomik, poprosiłem go o kijek trekingowy, aby nim szczelinę przepychać. Wrócił niezwłocznie z kijkiem, który się rozleciał. Przyniósł następny, ale ten wpadł mi do dziury. Polazł po następny i tym w końcu udało mi się udrożnić szczelinę i dalej drobny urobek zsypywać. I tak sobie dziobałem. Cały czas asekurowałem się liną aby do studni nie wpaść. Zrobiło się zimno i mokro. Cały czas leżałem na śniegu i wiało okropnie. Straciłem czucie w palcach i nadzieję, że się przekopię do jaskini. Jak się później dowiedziałem, ryłem półtorej godziny, ale się udało. W końcu dotarłem do Lodospadu, albo jego resztek. Ale to nie był koniec atrakcji. Dalsze liny były albo zasypane, albo zamarznięte. Kolejne pół godziny albo dłużej kolega męczył się z nimi.

Po wielu trudach i zwrotach akcji, którymi nie chcę męczyć tych nielicznych czytelników ruszyliśmy dalej w dół. Dotarliśmy do Suchego biwaku ponad trzy godziny później niż planowaliśmy przez to kopanie. A tam zabrałem się do jedzenia. Odpaliłem palnik, zagrzałem małe co nieco, zrobiłem herbatę i zacząłem się suszyć. Jakoś nie miałem ochoty pójść do Dziadka tak mokry, z zużytą energią i z małym limitem czasu do godziny alarmowej. Koleżance i koledze zaproponowałem spacer do Partii Wrocławskich aby się nei nudzili jak ja będę się suszył. Po jakimś czasie dotarły do mnie trzy osoby z SBB. Chwilę pogaworzyli i musieli się śpieszyć z powrotem do otworu, bo kontuzjowany Chomik dał im mało czasu na powrót.

Gdy grupa szturmowa wróciła z Partii Wrocławskich zaczęliśmy powrót. Po jakimś tam czasie wynurzyłem się z jaskini. Na powierzchni przywitało mnie słońce i bardzo zmienione najbliższe otoczenie. Część kolegów realizowała się w pracach porządkowych w śniegu. Powstały ławki, wiatrochrony, większe igloo. Czas radości z fajnego otoczenia i sprzyjających warunków pogodowych szybko minął i trzeba było wracać. Udało się zejść bezpiecznie. Na końcu doliny pożegnałem się z koleżanką i kolegą i zacząłem powrót do domu. Po 22 godzinach na nogach, gdzieś po 1 w nocy dobiłem do domu, gdzie padłem i spałem do południa w niedzielę.

P.S.

Na stronie Speleoklubu Bielsko-Biała ukazał się artykuł autorstwa Chomika. Sprawozdanie widziane jego oczami. Jest tam coś również o mnie, wspomnienie, i nawet jakaś finansowa wendeta za zniszczony sprzęt.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.