^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-05-22 Partie Animatorów

Zbliżał się weekend, kolejny, jak to w życiu. Nie zastanawiałem się czy jechać do jaskini, tylko do której jechać. Możliwość skorzystania z lin, których nie trzeba będzie nieść w ramach martyrologii taternictwa jaskiniowego tak skutecznie stosowanej w rodzimych środowisku, chyba  zasłoniła racjonalne myślenie. Wybór padł na jaskinię Wielką Śnieżną. Lecz aby się nie powtarzać, aby nie grotołazić w ciąż znanych korytarzach wybór padł na Partie Amoku i Partie Animatorów gdzie jeszcze nie byłem.

20210522wielkasniezna01

Wyruszyłem rano, jak zwykle przed godziną piątą. Ptaszki pięknie trajkotały, śpiewały. Kolejny raz pomyślałem, ileż to tracimy, my ludzie, gdy długo śpimy i tego porannego ożywienia ptaszków nie słuchamy. A to takie piękne jest. Ale... No właśnie. Wstać tak wcześnie rano tylko aby posłuchać ptaszków? Nie jestem chyba na to gotowy.

20210522wielkasniezna02

Drogę miałem pustą. Im bliżej byłem Tatr, tym lepsze miałem na nie widoki. Pogoda zapowiadała się idealnie, słońce stało już nad Tatrami (tak dla wiadomości, jak zwykle nie oglądałem prognozy pogody). Dojechałem do Kir, gdzie musiałem poczekać na koleżankę, która miała dojechać autobusem. Niestety, autobus miał półgodzinne opóźnienie. Czas wykorzystałem na oddgrzanie jedzenia, sporządzenie świeżej herbaty.

Widok miałem na remontowany w Kirach most. Po starym moście jest poprowadzony objazd. Ruch sterowany jest sygnalizacją świetlną. Czas oczekiwania na kolejną zmianę świateł to koło 1 minuty. I co ciekawego zaobserwowałem? Otóż, w Kirach, Na Podhalu, u samiusieńskich Tater, tu gdzie prawica wygrywa wybory, gdzie jp2 i Jezus są wielbieni, gdzie niestety przemoc to tradycja, o czym mówią kobiety, funkcjonuje myślenie: jedno prawo dla nas (miejscowych) a drugie prawo dla nich (czyli ceprów).  Gdy zapalało się czerwone światło, to samochody z rejestracją KTT, KNT jechały dalej. Gdy na czerwonym świetle zatrzymał się samochód z ceperską rejestracją, kierowca samochodu z rejestracją miejscową obtrąbił go solidnie i o mało co nie doszło do rękoczynu, bo drzwi pasażerów już zostały otwarte. Ot tak po krótce na temat przestrzegania prawa przez suwerena zjednoczonej prawicy.

Gdy koleżanka dojechała, przemieściliśmy się na parking przy Dolinie Małej Łąki i ruszyliśmy w góry. W Tatrach nie było ludzi. W sumie na szlaku, przypominam, na szlaku bardzo popularnym na ten szczycik z symbolem zła, na Giewont, spotkaliśmy czworo ludzi. Śnieg pojawił się pod stopami już/dopiero w Niżnej Świstówce.  Tam też miałem wielką przyjemność pooglądać harcujące na śniegu świstaki.

Przechód pokonaliśmy w wersji zimowej, wyłącznie z czekanem w ręce. Przy otworze jaskini było mało śniegu, część konstrukcji  śnieżnych z takim mozołem wykonanych tak przecież niedawno przez Chomika i jego zespół już nie istniało, wytopiły się. Gdy się przebierałem pogoda się zepsuła. Z chmur zaczął delikatnie padać deszcz. Przyśpieszyłem ruchy. Weszliśmy do jaskini. Rura była drożna. Lodospad pokonaliśmy przyjmijmy, że na sucho. Ale gdy podeszliśmy do Wielkiej Studni, przypomniałem sobie, czemu o tej porze nie powinno się do tej jaskini wchodzić. Słychać było wodę lejącą się w studni. Zjeżdżałem jako drugi. W połowie studni czułem jak woda lała mi się po ręce, pomimo, że miałem gumoteks na sobie. Na płytowcach też sucho nie było. Gdzieś na końcu drugiego płytowca odbiliśmy w wcześniej wymienione partie.

20210522wielkasniezna07

Zaopatrzony, w schemat techniczny, plan, przekrój wchodziłem z mniejszą obawą, że się zgubię. I nawet przez całą drogę odnajdywałem się na planie. A może mi się tak zdawało, bo okularów do czytania nie miałem. I tak była lina do góry, później w dół i tak dalej. Sale robią wrażenie, są duże, szczególnie Sala Lwa. Koleżanka szła pierwsza. Ja taki mokry powoli wlokłem się za nią, wskazując kierunek. I doszliśmy do takiego ciasnego miejsca, zaraz, chwila, sprawdzam w literaturze....., a MASARNIA. Tam straciliśmy trochę czasu szukając dalszej drogi. I nie wiem w którą szczelinę trzeba się było wpychać, mając cały czas świadomość, że poniżej jest kilkudziesięciometrowa przestrzeń. Przyznam się, że na brak parcia miała niewątpliwie wpływ mokra odzież na mnie. No i zbliżająca się pięćdziesiątka.

Wróciliśmy się do Sali Lwa i postanowiliśmy pójść w Partie Amoku. Ale i tam daleko nie zaszliśmy. Była kolejna lina do góry. Można się było do niej wpiąć, ale robiąc wahadło wpadało się pod wodę. A tej już mieliśmy na sobie wystarczająco dużo. Wróciliśmy do II płytowca. Koleżanka poszła w kierunku otworu a ja zająłem się poszukiwaniem nowo kupionego karabinka stalowego do hamowania przy zjazdach. Czyżby kolejny mi przepadł, tylko ten już na drugim wyjściu? Udało mi się go znaleźć, wypatrzyłem go o dziwo.

Ruszyłem do góry. Na I płatowcu jakoś marnie mi się poruszało po linie. Skonstatowałem, że od ostatniego posiłku minęło 8 godzin i aż dziw, że jeszcze w ogóle się poruszam. A jedzenie do odgrzania w worze na plecach miałem. Ale koleżanka była pewnie bardziej mokra ode mnie, więc nie było czasu na popas. Gdy dotarłem pod Wielką Studnię i gdy usłyszałem ten szum deszczu, wziąłem się do realizacji wcześniej powziętego planu. Narzuciłem na siebie folię NRC, ale nie tę gównianą cienką, tylko taką grubszą, wielokrotnego użytku, srebrną. Na nią nałożyłem zapasową czołówkę, Kostkę, (pragnie się poinformować, szanownych, nielicznych czytelników, że ma tu, miało tu miejsce lokowanie produktu), która doskonale trzymała folię na mnie, uniemożliwiając jej ześlizgnięcie się ze mnie. I wpiąłem się na linę. Ależ pięknie deszczyk walił o tę folię. Niestety folia nie chroniła całej Fryteczki. Od pasa w dół lało się po mnie. Ciekawie miała pod górę koleżanka w kombinezonie z cordury. Ta to musiała wody nałapać. Pomimo, że szedłem pod górę po linie zimno mi było, w dłoniach traciłem trochę czucie. Podobno woda życia doda, ale nie na ciało dozowana z zewnątrz, ta jaskiniowa.

Dęporęczowanie i klarowanie liny trochę czasu mi zajęło i poszedłem dalej. Lodospad i rura i byłem na zewnątrz a tam nie padało. Wrzuciłem rzeczy do wora i ruszyliśmy w dół od razu bez przebierania. Na Przechodzie skorzystaliśmy z liny aby iść w dół. Poniżej siadłem na śniegu i może nawet 100 metrów pięknie zjechałem na dupie. W Niżnej Świstówce się przebraliśmy. Słońce wyłoniło się zza chmur. Spotkaliśmy na szlaku dwie osoby. Mijanej kobiecie powiedziałem dzień dobry, ta się zatrzymała, popatrzyła na mnie i powiedziała: znajoma twarz. Ja na to, znajomy głos, SBB? Tak padło w  odpowiedzi. Dowiedziałem się, że na Wielkiej Polanie był popłoch pośród istot dwunożnych czyli ceprów, którzy uciekali przed młodym niedźwiadkiem, bojąc się że jak przyjdzie mamusia to zrobi z nimi porządek. Nie wiem, czy młody z mamą zagościli tam na dłużej. Bo jeżeli tak, to zamkną dla ruchu turystycznego Dolinę Małej Łąki. W sumie, dopóki śnieg się nie wytopi nie zamierzam wchodzić do Wielkiej Śnieżnej, kąpieli na razie mam dość,więc mogą zamykać, nie będzie mnie Wielka Śnieżna kusiła.

Przeszliśmy przez Wielką Polanę spokojnie, nie uświadczywszy niedźwiedzi ani ludzi. Dopiero później minęliśmy trzech rowerzystów i miejscowego z pieskiem w Tatrach. W promieniach słonecznych powoli dotarliśmy do samochodu. Podwiozłem koleżankę do Kir, gdzie się rozstaliśmy , a ja pojechałem do domu. Gdzieś w okolicach Beskidu Małego rozpadało się. Drogi chwilami nie widziałem, nawet paląc światła przeciwmgielne. Liczyłem na to, że i tym razem mi się uda i nie trafię w takie duże bydle, na długich nogach z łopatami na głowie, w łosia, który ostatnio przed autem mi przedefiladował.

Koniec wypocin.

 

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.