^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2021-07-10-11 Córka Mama Dziadek na trawersie

(Sprawozdanie pisane od lipca do listopada)

Gerald z Rivii, zwany tudzież Białym Wilkiem a przez niemiłych mu Rzeźnikiem z Blaviken, lecząc się z ran u driad w Lesie Brookylon, odniesionych w walce wiedział, że podczas walki z czarownikiem Vilgefortzem nie popełnił żadnego błędu. Błędem za to uznał, było podjęcie walki z Vilgefortzem, walki której tam, onegdaj na wyspie Thanded będącej siedzibą szkoły czarodziejek Arteruzy nie miał szans wygrać.

Tak i też zdarzyło się wiele lat później. Popełniono u podstaw błąd, który na szczęście nie skutkował tragicznymi skutkami, złamaniami, wstrząsem mózgu jak u Geralda ani stratą sławnego miecza, bowiem osobnik, jeden z bohaterów niniejszego artykułu takowego nie posiadał. Popełnić błąd rzeczą jest ludzką, któż błędów nie popełnia. 

Błędem było wyrażenie zgody na to co się i tak nie mogło udać, a co było i może jeszcze jest marzeniem dziadka. I tak pewnego lipcowego dnia dziadek dał posłuch podszeptom, sms-om, sączonym do ucha miłym głosem słowom, czemu nie system? I poszli. W trójkę, córka, matka i dziadek. Razem mieli sto lat, z czego dziadek połowę z tych lat miał już za sobą. W tej starej głowie, siwej chwilami roiło się za podszeptami, że dadzą radę. Gdy zdrowy rozsądek brał górę, dziadek wiedział, że się to nie uda, a na pewno nie jemu, choć jako jedyny znał jako tako drogę. Gwoli przypomnienia należy dodać, że dziadek kilka dni przed wyjazdem chodził struty, myślami na co się porywa, które wyraził w e-mailu do córki i matki zatytułowanym: Porąbany pomysł. Gdy szedł wzdłuż Skoruśniaka, Kobylarzowym Źlebem strach maskował żartem lub uciekał się do samotnego marszu.

Pogoda trójce grotołazów dopisywała. Nie było zapowiadanej burzy, którą straszył kolega Chomik. Jak najczęściej bywa, elektronika, srajfony, modele pogodowe rozminęły się z rzeczywistością, z której zresztą trójka maszerujących pod górę bardzo była rada.

Przy otworze Wielkiej Litworowej każdy coś zjadł i weszli do jaskini w sobotę o 11 minut 10. Kilka lin było już parę dni wcześniej rozwieszonych przez grupę  kolegi Chomika. Resztę sznurków rozwieszał dziadek. Po dwóch godzinach dotarli do biwaku, gdzie zarządzono dłuższy popas, który przeciągnął się do 50 minut. Czas ten każdy spożytkował na jedzenie, chwilę odpoczynku i zmarznięcie.

Z biwaku ruszyli dalej, przez Partie Zakopiańskie, przez Magiel, Elektromagiel, Szczelinę Agoni, Błękitną Lagunę. Zatrzymajmy się na chwilę w Błękitnej Lagunie, gdzie niestety miękkiego piasku trudno się doszukać, panien w bikini i drinków z parasolkami również. Te panny co tam tego dnia były, w kombinezony aseksualne obleczone były a zimna woda, w której dziadkowi i pannom czołgać się dane było, dziadka od kosmatych myśli skutecznie uwolniła. Niestety, po przebyciu Błękitne Laguny suchych części odzieży trudno byłoby się doszukać, ale inne myśli zaprzątały ich głowy. Osławione zaciski. Dziadkowi już dwa razy dane było iść tą drogą, łatwiejszą, bo w dół. Łatwiejszą również dlatego, że szedł jak ten pies za panem, Prymulą, który drogę zna doskonale. Tym razem dziadek sam musiał szukać drogi, spoglądać bez właściwych okularów na plany, szkic i opis słowny drogi i prowadzić zespół. Ta odpowiedzialność za grupę zżerała nerwy dziadka. Ponieważ córka jako najmniejsza została delegowana na stanowisko przodowego, za nią posuwał się dziadek a na końcu była mama. I tak sobie szli, by w końcu dotrzeć do Nowego Biwaku. Dziadek popatrzył na plakat z roznegliżowaną panną, która niestety poddaje się upływowi czasu i wilgoci i ruszyli dalej. Mokra odzież nie pozwalała na odpoczynek. Udało im się nie błądzić, dziadek nawet chwilami orientował się gdzie jest na planie. I tak sobie szli i szli, a właściwie czołgali się, przeciskali przez Partie Krokodyla.

Dziadek wcześniej przestrzegał, że to na co się porywają to nie jest łatwa rzecz. W odwodzie gdyby zabrakło sił na powrót tą samą drogą była możliwość wyjścia przez Jaskinię Wielką Śnieżną. Gdzieś po przejściu 2/3 Galerii Krokodyla dziadek już wiedział a do mamy i córki docierała powoli świadomość, że nici z systemu, że to nie ten czas, nie ta kondycja. Dziadek zresztą już dawno pogodził się z myślą, że system może zrobić ale wyłącznie metodą oblężniczą, w minimum dwa dni z noclegiem.

Gdy weszli do głównego ciągu Jaskini Wielkiej Śnieżnej czujny słuchacz usłyszałby jak wielki głaz spadł z serca dziadka, że się udało przejść tę ciężką drogę, pal licho, że tylko w jedną stronę, że teraz jest już prawie jak w domu, nie ma zacisków, szerokie korytarze i tylko na powierzchnię 450 w pionie.

Głód dawał się we znaki, zmęczenie również. Nie wiem jak innym, ale dziakowi na pewno. Na Suchym biwaku nie było nikogo, a dziadek tak liczył na herbatę. Poszli dalej. Dziadek liczył, że dowlecze się do otworu gdzieś koło 3 nad ranem. Dotarł przez 1 w nocy. Na zewnątrz, na polu było ciepło, mało wietrznie. Gdy mama z córką wyszły z trzewi ziemi, powlekli się z powrotem do Wielkiej Litworowej przez Nad Kotliny. Częściej stali niż maszerowali, nie wiem jak panie, ale dziadek musiał zbierać siły aby maszerować pod górę. Było ciemno wśród gór. A tam na dole były doskonale widoczne liczne światła. Oznajmiały one, że jest tam woda, jedzenie i miejsce do spania, czyli wszystko to czego nie mieliśmy.

Ta ciemność w górach utrudniała nawigację. W końcu dotarli do niebieskiego szlaku. Dziadek nie był pewny czy dobrze wbije się w ścieżkę do Wielkiej Litworowej dlatego postanowił zejść po szlaku i poszukać początku ścieżki. Później chwilami tracił ścieżkę, zmęczone oczy już nie wszystko widziały. Dotarli do Wielkiej Litworowej w okolicach godziny 3 rano, po drugiej stronie grzbietu wstawał nowy dzień. Dziadek planował odpocząć ze dwie trzy godziny i zjechać do biwaku po pozostawione rzeczy. Było jednak jak było. Trzy i pół godziny później musiał i tak zjechać kilka lin w dół, a wcześniej przykryty folią NRC próbował zasnąć, zebrać siły. Pomimo zjedzenia wyłącznie 1 pączka i wypiciu 200 ml wody i kilka łyków coca-coli siły wróciły, a nie jadł dziadek ponad 14 godzin.

Później na szczęście było z góry i przy ładnej pogodzie. Dotarli szczęśliwie do auta i do domu, a dziadek z wnioskiem, że to chyba jednak zaczyna się zmierzch jego grotołażenia i może najwyższy czas w końcu poznać dwie jaskinie, takie wisienki na torcie: Przy Przechodzie i jaskinię Wodną pod  Pisaną...

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.