^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2013-05-11-19 Południowe morze

piątek, 21 czerwca 2013 07:26 FrytkaPunk


Byłem na dziewięciodniowym wyjeździe służbowym. A czułem się jak na wakacjach.

Spędzałem przyjemnie czas w dwóch willach nadmorskich, wdychając śródziemnomorskie powietrze, delektując się sycylijskim słońcem. Opalając się i zażywając kąpieli morskiej. Co z tego, że po dziewiętnastej, ważne że się kąpałem. A w willach byłem naprawdę tylko na dachach – ogrodów zimowych. Parę razy pod dachem. Na samym początku miałem szmatę i je myłem. Drugiego dnia nastąpił zdecydowany przełom, awans, miałem na szmacie Cosmofen, środek do dezynfekcji profili aluminiowych i jechałem na szmacie. Swoją drogą długo tam jechałem samochodem. W trójkę 26 godzin z krótkimi przerwami, oczekiwaniem na prom itd. Ale nie było źle. Z tyłu dużego mercedesa spało się wygodnie gdy przemierzał kolejne setki kilometrów. Mnie przyszło na koniec wprowadzić samochód na prom, jechać wąskimi drogami na Sycylii. W pewnym momencie gdy stało się bardzo ciasno na drodze tylko Tir przede mną mnie ratował, skoro on może to i ja się zmieszczę. Nic na szczęście nie urwałem. Po pracy która trwała od 7 rano przeważnie do 19 miałem czas na kąpiel w morzu. Woda ciepła była. Włosi mówili co innego, że jest molto fredo.  Oni chyba nie wiedzą co to znaczy, gdy nad morzem jest zimno. Zaproponowałem im jazdę nad Bałtyk w sierpniu, tylko niech nie zapomną wziąć więcej sweterków, he, he, he.

Żeby niebyło, jak zwykle się wyróżniałem. Od czego zaczyna dzień Włoch, od cappuccino i słodkiego rogalika. A ja od herbaty i bułki z konserwą. Nie mogli wyjść z zadziwienia, jak to można zacząć dzień inaczej niż oni. Śniadanie to jeszcze nic. Ale wieczorem to przeważnie jazda była. Mówię, proszę, owoce morza to komuś innemu, mnie proszę podać schabowego. Nie, przynoszą coś co tak śmierdzi, meduza lub jakieś inne paskudztwo. Ile halo było, w głowę talerzem dostałem. Po pół godzinie obrażona kelnerka przyniosła ponownie pastę (makaron) z trzema kroplami sosu. Ale się obżarłem, w brzuchu aż hulał, głód ma się rozumieć. Zresztą problemów z żywnością byłe jak zwykle wiele. Przyjechaliśmy w niedzielę, około godziny 14. Głodni wyruszyliśmy na poszukiwanie żywności. W Stradaforze nie było ani jednego spożywczaka, żadnej restauracji, dostępne były za to ciasteczka, torty, lody itd. No i umierałem z głodu do 20 gdy w końcu otworzyli restauracje hotelową. A tam był makaron z kilkoma kroplami sosu. Znowu wyżerka. Będąc raz na wyjeździe, wycieczce w miejscowości Taormina dotarliśmy do restauracji. Zamówiłem coś. Do końca nie wiedziałem co, bo było napisane po włosku. Tak wiem, trzeba się uczyć języków. Ja mam czas na naukę polskiego, wyłącznie, zresztą z natury języki obce są mi obce. I dostałem. Na początek ogórka zamordowanego na siedem sposobów. Pół godziny później pastę z minimalną ilością sosu. Po kolejnej pół godzinie dostałem carne, czyli mięso. Tak jak by nie można tego wszystkiego włożyć na jeden talerz i podać. Śródziemnomorska mordercza taktyka. Zagłodzić zanim dojdzie do ostatniego dania.

Niewiele udało mi się zwiedzić, w końcu w pracy byłem. Wieczorową porą Taorminę, takie miasto z częstymi elementami starożytnych budowli. I miałem szczęście wylądować na wyspach wulkanicznych. Weszliśmy na krawędź wulkanu i na jego szczyt. Dmuchało siarą przeokropnie. Później wylądowaliśmy w restauracji gdzie jak zwykle się nie na jadłem, ale za to było wspaniałe lokalne wino. W lepszym nastroju poszliśmy na poszukiwanie termalnych wód. Taplałem się w takim błotku za całe 3 euro włącznie z prysznicem. Później wstąpiliśmy do morza, podgrzewanego gazem z wulkanu. No i na sam koniec popływałem sobie w morzu, które tym razem za ciepłe nie było.

Ósmego dnia załadowaliśmy się do samochodu i rozpoczęliśmy powrót do domu. Jakimś zrządzeniem losu znowu ja siedziałem za kierownicą. W Messinie GPS poprowadził mnie do innej przystani promowej. Musiałem jechać kawałek tym dużym Mercedesem na wstecznym. Później podjąłem nieudaną próbę przebicia się na prawidłowy tor jazdy, ale krawężnik był za wysoki. Zacząłem jechać pod prąd, ach ta fantazja ułańska. Tir jechał naprzeciw. Trąbił i się zatrzymał. A ja z trudem w końcu przebiłem się w dobrym kierunku. Swoją drogą jazda po południu Włoch bardzo różni się od północnych Włoch. Z Polską to nawet nie ma co porównywać. Dobrze, że mam zeza i mogę patrzeć w oba lusterka boczne naraz. To, że nie rozjechałem żadnego szalonego właściciela skutera to zakrawa na cud. Jeżdżą jak porąbani. Zresztą kierowcy samochodów w niewielkim stopniu ustępują skuter owcom. Tam trzeba bardzo uważać na drodze. I tak też czyniliśmy, szczęśliwie dojeżdżając w niedziele do domu.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.