^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2013-07-27 Wielki Kłamca

środa, 14 sierpnia 2013 07:01 FrytkaPunk


Nie doczekałem się na zdjęcia, więc artykuł bez kolorowych wstawek. Pozostaje wyobraźnia.

Kolejna sobota spędzona na groto łażeniu.

Tym razem w towarzystwie Kai, Prymuli oraz Staszka. W tak „odmłodzonym” składzie, bo Prymula i Staszek szkli tam z nami pierwszy raz postanowiliśmy dopiąć celu, dojść do Wielkiego Kłamcy. Dla mnie to była szósta próba. Szedłem z przekonaniem, że teraz w końcu się uda, skład jest silny, nikt się nie wyłamie, lin powinno starczyć, samopoczucie wszystkim dopisuje, więc czego więcej trzeba?
Pobudka 4:00. Przed piątą zbieram Prymulę. 6:45 jesteśmy w Witowie. Kaja ze Staszkiem dojeżdżają. trochę start się nam opóźnił, ale o 11 już przebrany zjeżdżam do jaskini. Prymula jako ten nigdy nie zagrzewający miejsca poszedł pierwszy aby pozbierać liny gdzieś tam w jaskini. Spotykamy się przy jednej ze studni. Kolejny zjazd i jest lina do góry. Później krótki odcinek i dotarliśmy do Komina Pustynna Burza. Drugi raz podziwiam osoby, które go wyspinały tam kiedyś. Dla mnie to jest chyba niemożliwe. Na całe szczęście wisi lina a nawet dwie. Kaja rusza pierwsza, ja na końcu. Ciągnę jak większość wór z linami. Później jest Majowy Meander, w którym miałem przyjemność już być.  Za pierwszym razem wydawał mi się taki bardziej obszerny. W dole mijamy jakieś szczeliny, spinamy się, idziemy zapieraczką jak to w meandrze.  W końcu Kaprawa salka. Tu się zastanawiamy, którędy iść, bo plan i przekrój za dużo nie podpowiadają. Pamiętając słowa kolegi z TKTJ proponuję aby schodząc w dół, trochę jakby zawrócić. To dobry wybór.
  Staszek znajduje punktu, a właściwie sterczące śruby ze ściany z nakrętkami. Udaje się zaporęczować zjazd po zdekompletowaniu plakietek. Jeszcze jeden krótki korytarz i otwiera się widok na Studnię Oddziału PTTK. To jest dopiero studnia. Piękna, wielka, wręcz przeogromna z małym mostkiem na wysokości dwie trzecie. Tam zrobić zdjęcia, to nagroda w jakimś konkursie pewna. Muszę Janka namówić, że tam warto się udać. Staszek poręczuje. Na mostku przepinka. Z tego co pamiętam punkty już są, plakietki. Za studnią jeszcze jeden zjazd, ja porę czuję, ponieważ mam pierwszy wychodzić aby zagrzać sobie obiad. Jest szczelina, z trudem się w niej mieszczę (jak się człowiek przyłoży, to przechodzi spokojnie).  Jeszcze jedna przepinka (punkty są) i dojeżdżam do wymarzonego Wielkiego Kłamcy. Największego podziemnego jeziora w Tatrach. Tak o nim marzyłem, że czuję się trochę rozczarowany. Największe to nie znaczy duże. Ale i tak się jednak cieszę, kolejne marzenie zrealizowane. Podświetlone czołówką jezioro przybiera piękne barwy. Powoli dojeżdżam do toni wodnej, zanurzam piętę buta aby mieć pewność, że tam byłem. Przepinam się do wyjścia. Wpinam płań, staję w strzemiączku i bum.  Obydwie nogi lądują w wodzie po kolana. Nie miało się kiedy rozlecieć cholera jak nad wodą. Prymula stwierdził później, że byłem najgłębiej ze wszystkich, He, He, He. Szubko wyciągam nogi, buty na szczęście nie zalane. Mijam współtowarzyszy i zasuwam do góry, do jedzenia. Studnię mijam błyskawicznie, nie mam czasu kontemplować się jej widokiem, mając nadzieję, że wkrótce tu wrócę, jeszcze lina i o dziwo bez błądzenia docieram do jedzenia. Obiadek to wspaniała rzecz, na ciepło jeszcze lepszy. Tym razem Honka przygotowała mi klopsy z warzywami. Obawiam się jak moi współtowarzysze przetrzymają moją obecność po warzywach, ale wcześniej zdążyłem ich przygotować na najgorsze krzycząc: uwaga fiołki lecą.
Czekając na grupę przygotowałem herbatę z niewielkiej ilości wody. Po krótkim postoju ruszamy z powrotem. Tym razem droga (przeważnie tak jest) nie dłuży się. Meander Majowy mija szybko, zjazd kominem i wchodzimy w znane partie jaskini. Oczywiście w pewnym momencie nie wiem gdzie iść. Wystawiam głowę przez okienko, na dole gdzieś 15 metrów poniżej widzę Kaję i Prymulę, ale nie widzę liny. Szukam jej dalej.  Jest, tuż obok mnie. Mamy trzy ciężkie wory z linami, swoimi. Zobowiązałem się, że spróbuję wyciągnąć liny SBB. Idę ostatni i je zbieram. Na zlotówce mam już dwa ciężkie wory z linami, mokrymi linami. No i mam to co lubię. Duże obciążenie i słuszny kawałek liny nad sobą. Poruszam się w miarę szybko. Przy otworze liny wyciągam złotówkę. Trochę czasu mi to zajmuje. Klarowanie również. A nietoperzom się śpieszy. Robią się korki w jaskini i na zewnątrz gdy otwór swoją masywną sylwetką zatykam. Dla rozładowania napięcia, nietoperze coś tam piszczą, przyklejam się do ściany a wtedy latają jak opętane, muskając mnie skrzydłami. I tak kilka razy muszę robić przerwę aby umożliwić ruch nietoperzy. Na powierzchni, na linie uderzam się goleniem o skałę. Nie klnę, ale po dolinie rozchodzi się moje żałosne westchnienie. Ciemno jest i coś wyje na ścianie – dupa nie grotołaz. W końcu docieram do przebranych członków grupy. Minęło 11 i pół godziny od wejścia. Kaja sms-em dowiedziała się, ze doszło do wypadku w Nad Kotlinach. Jak wyszliśmy to helikopter już nie latał. Przypuszczaliśmy, że akcja ratunkowa już została zakończona. Wypadek w jaskini. Każdemu może się zdarzyć. O niego nie trudno. Wystarczy się poślizgnąć i już człowiek leci. Kiedyś kolega poścignął się na wancie i rękę złamał. Tak więc niewiele trzeba aby problem się pojawił.
Na tzw. boisku nastąpiło pożegnanie. Ponieważ przed nami, tzn. Prymulą i mną droga do domu była dłuższa, pożegnaliśmy się z Kają i Staszkiem i pognaliśmy do samochodu. Droga do domu ciągła się bez końca. Co jakiś czas zmienialiśmy się za kierownicą.  Zmęczenie często było górą. Końcem końców po 5 nad ranem, po 25 godzinach na nogach docieram do domu.  Niestety to nie koniec  zdarzeń, ale to już temat na inny artykuł. Niedziela okazała się okrutna. Upał, niewyspanie, bolące poobijane kości – to wszystko składa się na okrutną niedzielę.

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.