^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2013-08-23 Bubusiowa Studnia

środa, 28 sierpnia 2013 07:28 FrytkaPunk


Choroba mnie wzięła, w sierpniu, jakaś paranoja, nic się nie chce jak zwykle, a artykuł należy napisać. Znowu nie chronologicznie, ale niech i tak będzie.

Ponieważ moja partnerka jaskiniowa drążyła gdzieś pod ziemią na wyprawie KKTJ ja samotny myślałem co w sobotę robić. Oczywiście wchodziła w rachubę tylko jaskinia. Myślałem, że z Honka pójdziemy do mniejszej jaskini, ale z SBB padła propozycja, że mogę się dołączyć. I poszedłem do Wielkiej Litworowej w licznym towarzystwie. Inicjatorem wyjazdu był Prymula, niestrudzony grotołaz, wielki teoretyk i praktyk Odlekczania. Jego zastęp grotołazów uzupełniały następujące osoby; Honka, Pukuś, Adam, Sebastian, Michał, Grzegorz i Klaudiusz, gdzie dwie ostatnie osoby standardowo powinny być oznaczane skrótem SWJ, czyli rozszyfrowując ten skrót: Samobieżny Wór Jaskiniowy – czyli, czyli: kursant.

W planie było zwiedzenie Bubusiowej Studni, miejsca niedaleko Magla, do którego bardzo rzadko ktokolwiek się zapuszcza. Plan planem, a rzeczywistość niekiedy się rozmija z planem. Ale nie wyprzedzając faktów, na razie idziemy, idziemy przez tak uwielbiany przez nas Kobylarz, niebieskim szlakiem, orograficznie prawą stroną doliny. Wcześniej minęliśmy Skoruśniak. Na górze pogoda dalej dopisuje, nie pada, ale też nie jest rewelacyjnie ciepło. Spotykamy, a właściwie spotykają nas moi koledzy z KKTJ i ST. Idą z Jankiem na zdjęcia. I nie są z tego powodu zbyt szczęśliwie. Padają jakieś groźby w kierunku kolegi fotografa. Coś nie są uszczęśliwieni (Miki i Sławek), że będą uwiecznieni na ładnych zdjęciach. Ale gdy w dupę jest zimno, to ma się gdzieś czy zdjęcia będą ładne i uwiecznione zostaną ich postacie dla potomności.

 
Dotarliśmy pod otwór. Oczywiście pierwszy przebrany był Prymula. Szedł odlekczony to nie musiał nic jeść przed otworem, zresztą później też nie jadł bo był odlekczony. Ot taka pętla, kręci się w kółko jak wąż Urobos, który je swój ogon i nie wiadomo gdzie początek a gdzie koniec, ważne że odlekczone, he, he, he. Na początku trzymałem się gdzieś z tyłu. Szedłem powoli, ociężale, jak jakaś stara lokomotywa, co ledwo pływa i ścieka z niej oliwa. Trzy tygodnie bytu poza jaskinią jest od razu wyczuwalne. Czuję się jak paralityk. Dopiero o wiele później a właściwie niżej, w dół idziemy, zaczynam się robić (moje ciało) elastyczny, łatwiej wchodzę w wiraże, ciasne miejsca itd. Na biwaku pozostawiam swoje wyposażenie, czyli jedzenie i idziemy niżej. Kilka osób jęczy coś o zaciskach. Ja jak zwykle nie pamiętam, czy coś takiego jest na naszej drodze. Jakiś czas temu szedłem ta drogą i sobie tego nie przypominałem. Jęczeli czy dadzą sobie radę, jęczeli, jęczeli ale przeszli. Nad Bubusiową Studnią Prymula rozwieszał linę. Ale nie udało nam się zjechać na dół i tu pozwolę przytoczyć oficjalne wersją sprawozdania, że z powodu niesprzyjających warunków technicznych nie osiągnięto zamierzonego celu. Muszę tak napisać, ponieważ nie mogę wskazywać palcami kto zawalił, kto wziął za krótką linę, która jeszcze na biwaku była dłuższa, ale odlekczona o kilka metrów niby z powodu zbyt dużej ilości węzłów odcięta nie starczyła na dno studni. Siedzieliśmy sobie nad studnią, marzliśmy z powodu przedłużającego czasu oczekiwania na wiadomość: starczy, czy nie starczy liny i duch w nas również marzł. Zmarznięci wycofaliśmy się. Znowu odezwało się jęczenie na myśl o zaciskach. A przeszli je tak szybko, że nawet nie pamiętali kiedy były. Ale mnie się to jęczenie chyba udzieliło, croll stawiał opór w jednym miejscu, ale zgwałcony odpuścił i przeszedłem. Na biwaku była uczta, było jedzenie na ciepło, była herbata, która pili nawet odlekczający się grotołazi. Koło biwaku poniewierały się świeże kupy ludzkie. A w garnku na wodę jakiś cham coś ugotował, garnka nie umył, i zaczęło się w nim rozwijać nowe życie. Ot tyle plotek z biwaku w Wielkiej Litworowej. Na górę wyszedłem jeszcze za dnia. Było ciepło i miło. Na dół większość z nas szła obciążona śmieciami wyniesionymi z jaskini. Mnie na szczęście nie przypadło nic do niesienia z racji niesienia sprzętu do gotowania, co ustalił sam Prymula. Koledze Adamowi, coś z dodatkowego transportu się wylało na plecy i nogi, co skutkowało wielkim myciem w potoku, swędzeniem skóry itd.

Przy samochodach byliśmy po zapadnięciu zmierzchu. Ciemno było. W drodze powrotnej jak zwykle trochę rozmawialiśmy, a że rozmowa była senna, to i Sebastian jechał trochę jak senny człowiek, to znaczy długo i wolno.

A teraz kilka dni po powrocie zdycham. Zakwasy są okropne i na dodatek przyplątało się jakieś choróbsko. Antybiotyki żrem i żyć trzeba.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.