^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

Ponownie głębsze grotołażenie

poniedziałek, 07 października 2013 07:42 FrytkaPunk


Minął piąty weekend, kiedy miałem możliwość zapuścić się pod ziemię.

Poprzednie cztery oduczyły mnie dłuższych akcji, przyzwyczaiły do wyjść jeszcze tego samego dnia gdy słońce królowało na niebie. Tym razem było inaczej. W planie było wyjście z jaskini około godziny 20 (o ja naiwny). Wyszliśmy po pierwszej w nocy.  A na początku wydawało się, że wszystko idzie z planem. Nawet przy otworze byliśmy o znośnej porze. Poręczowanie w dół jednak zajmuje trochę czasu. Gdzieś na głębokości około 400 metrów dwóch kolegów z ST, Sławek i Michał musiało nas pożegnać, czas było im się zbierać do wyjścia. Kaja, Honka i ja kontynuowaliśmy podróż w głąb ziemi. Gdzieś na poziomie -500 popełniliśmy błąd który kosztował nas jakąś godzinę. Ale nie ma tego złego co by nie wyszło na dobre. Bo ile osób było przy V wodospadzie? Pewnie nie za dużo. A my tam byliśmy i widzieliśmy. Na wyjściu zmokłem bardzo, lina kierunkowa nie zadziałała do końca tak jak trzeba. Wróciliśmy do góry, do głównego ciągu i znaleźliśmy odpowiednią studnię. Zjazd był jak zwykle fajny, ale wiatry panujące na jej dnie powodowały , że woda fruwała intensywnie na wszystkie strony w jakby to była Studnia Wiatrów. Później jeszcze jedna lina i zaczęły się ciasnoty do kobiecego syfonu. Przyjmijmy, że byliśmy na samym końcu. Ja jestem wstanie dokładnie opisać jak tam jest, ale z przyczyn obiektywnych musiałbym to zrobić korzystając z relacji Kai.

Powrót na górę, na powierzchnię  przerwany został tym co jest samą esencję grotołażenia, zjadłem obiad na ciepło, a dokładnie bigos Mamusi. Pyszny był. Do tego zaserwowałem Paniom ciepłą herbatę. Był czas na chwilę rozmów. A gdyby np. przy otworze jaskini spotkał nas kiedyś ktoś głodny i spytałby się czy mamy może suchy chleb dla konia, musiałbym odpowiedzieć, że nie bo u nas wszystko jedna pani zjada. Włącza się jej jak to określiła, odkurzacz i sprząta zawartość worów jaskiniowych. Ja z powodu nazbyt intensywnej perystaltyki jelit na linach nie mogę tego samego czynić, chodzę z odlekczonym żołądkiem. Na powierzchnię wyszedłem ostatni, dając czas paniom na przebranie się, ja standardowo szedłem jak w jaskini, w pełnym ekwipunku. Całe szczęście, że było ciemno i nikt nie widział jak niosłem plecak Honki. Po drodze, gdzieś w górach usłyszałem głos Kai, że Honce kolano wysiadłem. Stanąłem i czekałem. Po chwili po dolinie poniósł się głos Honki: Frytka, zrób mi laskę. Konsternacja, i nie tylko w mojej głowie. Wiem, że jednemu mojemu koledze, który biegł w Kieracie  siadło kolano, kolega zrobił mu laskę i przemierzył kilka kilometrów. Ale o laskę woła kobieta i nie miała na myśli tego co pewnie myśli wielu z czytelników. Zrobiłem Honce laskę, znalazłem kawałek drewna, którym się podpierała w drodze do auta. Już wiedziałem, że szybko na dole nie będziemy. Trudno, tak się zdarza. No i Honka zaczęła powoli kuśtykać. Wziąłem jej bagaż na swój grzbiet i też dreptałem powoli. Gdzieś pośrodku doliny wywaliłem się na ławkę,  aby kręgosłup odpoczął od brzemienia. Kaja zaległa na drugiej. Po chwili doczłapała Honka, poinstruowałem ją aby człapała dalej. Tak też zrobiła. Z dalszego leżenia – odpoczywania skutecznie wyleczył mnie mróz. Zimno było. Do auta w końcu dotarłem o 4 rano.

W drodze do domu zahaczyliśmy o Dworzec PKS w Zakopanem i minimum trzy razy parkingi. Sen mnie morzył, jechać dalej było niebezpiecznie. Po około dwudziestu minutach niby snu, znowu jazda. I tak trzy razy. W końcu centrum świata, tabliczka przy drodze: Czechowice-Dziedzice. Po 28 godzinach w końcu w domu, odpoczynek, nie, nie, nie, pomyłka, o 10 należy stawić się w pracy.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.