^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2013-12-13-15 Abisso dei Draghi Volanti

niedziela, 09 lutego 2014 12:49 FrytkaPunk


Jakie są smoki?

Duże, małe, szare, zielone, ziejące ogniem. Pisał o nich Andrzej Sapkowski, Tolkien, Martin i wielu, wielu innych pisarzy. A czy ktoś je widział na oczy? Są podobno na Galapagos. Ale to są jednak miniatury swych większych braci z przeszłości. Tak więc musimy bazować na wyobraźni pisarzy, którzy mając większą wrażliwość od zwykłych śmiertelników opisali smoki, ich zwyczaje, predyspozycje itd. Jednak na przekór wyłącznie wyobraźni miałem przyjemność  zobaczyć Latające Smoki, a dokładnie Abisso dei Draghi Volanti, jaskinię w Toskanii, gdzie zaniosły mnie sprzyjające wiatry na terenie parco Regionale delle alpi Apuane.

Sprzyjające wiatry, miałem na myśli nie tylko te dotyczące relacji między ludzkich, ale również faktyczne wiatry, które niosły samolot na którego pokładzie się znajdowałem. Swoją drogą to miałem wielkie szczęście, znalazł się sponsor, który zapłacił za bilety, a wszystko to dzięki Kai, która dała się namówić i wyruszyła razem ze mną.

 Od samego początku obawiałem się, że czasu na wypoczynek będziemy mieli mało, a może nawet bardzo mało. I tak się też stało. Wylądowaliśmy w czwartek w Bergamo późnym popołudniem. Alex nas odebrał z lotniska. Niby w trakcie jazdy mieliśmy czas na rozmowę, ale wszyscy którzy znają moją znajomość języków obcych w tym włoskiego wiedzą, że rozmowa zbyt drobiazgowa nie była.

Po przyheździe do domu Alexa poszliśmy od razu spać. Po kilku godzinach, a dokładnie pięciu pobudka, szybkie śniadanie, a właściwie jego brak i rozpoczęliśmy jazdę do Toskanii. W Lombardii na drogach panowała nebia, czyli mgła. W Toskanii było lepiej. Po drodze dosiadł się do nas Romeo, urodzony w Rumunii, obecnie mieszkający we Włoszech grotołaz. Alex miał się już lepiej, miał z kim rozmawiać, a Ci co znają Włochów wiedzą, że oni to do małomównych nie należą.

W uroczym miejscu Toskanii, pośród lasów i nad jeziorem (sztucznym) znajduje się miasteczko gdzie spotkaliśmy się z kolejnym uczestnikiem wycieczki, Fabio, mieszkańcem San Marino. I tu się sprawa wyjaśniła. Nasza wycieczka będzie pięcioosobowa, gdzie najliczniejsi są Polacy – sztuk dwie, później po jednym obywatelu Włoch, Rumunii, i San Marino. Ot taka bardzo międzynarodowa wycieczka.

Od razu przystąpili koledzy do podziału sprzętu, worowania lin itd. Mnie przypadł w udziale jeden wór z liną. Kai się nic nie dostało. Płeć piękna miała taryfę ulgową. Po drodze kupiłem pane (chleb) i świeże bułki, którymi się zapychałem (bo takie smaczne) wiedząc, że w drodze już nic więcej nie zjem. I tu się bardzo pomyliłem. Po spakowaniu bagażu wyruszyliśmy ale nie na szlak tylko do restauracji, gdzie zaczęło się jedzenie. Trwało to tak długo, że Alex się śmiał, że to jest toskańska eksploracja.

  Gdy na zewnątrz, na polu słońce zaszło za chmury i godziny robiły się popołudniowe w końcu wyruszyliśmy. Autem. Terenowym wielkim wozem Fabia zrobiliśmy jeszcze około 400 metrów przewyższenia. Gdy śnieg już uniemożliwiał dalszą jazdę, przeszliśmy na własny napęd. Powoli robiliśmy wysokość. W pewnym momencie torujący droge Alex stanął i roił to co jakiś czas. Chyba miał znaczny nadbagaż. I wyjaśniło się, że Alex nie jest robotem, też odczuwa zmęczenie. Jeszcze przy zachodzącym słońcu dotarliśmy do otworu. Koledzy zaporęczowali zjazd po powierzchni i po przebraniu byliśmy gotowi do wejścia pod ziemię.

W środku nocy miałem już dość. Z jednej strony leżał Alex, z drugiej strony miałem na sobie dwie pary nóg i jedną głowę. Każdy obrót mego ciała powodował, że wszyscy obok się budzili. Kilka godzin spędziłem próbując  zasnąć w pozycji siedzącej. O ósmej rano nawet byłem szczęśliwy, że wstajemy. Po posiłku poszliśmy w kierunku dna. Po drodze był meander, były liny. W końcu dotarliśmy do największej studni mierzącej 182 metry. Na wysokości drugiej połowy studni koledzy zaczęli osadzać nowe punkty i poręczować. W drugim rzucie Kaja i ja mogliśmy zejść na dno. Blisko dna uprawialiśmy kanioning jaskiniowy, woda lała się intensywnie. Na samym dnie pojawiła się kolejna studnia, ale z powodu braku liny i braku sprzętu przeciwdeszczowego musieliśmy zawrócić. Jaskinia najwidoczniej nie kończy się na głębokości 880 metrów. Po tym wszystkim, co opisałem w dwóch zdaniach a w rzeczywistości trwało wiele godzin ruszyliśmy do góry, z powrotem do biwaku.  

Droga przebiegała przez meander, który z grusza można podzielić na dwie części, górną, ładną, myta przez wodę, i dolną te upierdliwą, która pozbawiła mnie sił.

Kaja targała nasz wspólny wór samotnie, ja pomagałem w niesieniu dwóch innych worów kolegom. Z worem pewnie bym przeszedł samotnie ten meander ale na pewno dłużej by to trwało. Bo przerwa w dostawie jedzenia za długo trwała. O czwartej w nocy w końcu coś zjadłem, z głodu miałem telepatkę. Znalazłem inne miejsce noclegowe, oddalone o kilkanaście metrów od biwaku. I mogłem próbować się tym razem wyspać. Z tym próbowaniem to różnie było. W nocy trzeba było włączyć wewnętrzne ogrzewanie śpiwora bo za ciepło nie było.

  I jeszcze miałem do czynienia z odwróconą ergonomią. Odwrócona ergonomia polega na takim wykrzywieniu organizmu pośród skał, kamieni aby ograniczyć do minimum ilość wrzynających się w ciało ostrych krawędzi. Mnie się to udało. Po kilku godzinach obudziły mnie okrzyki kolegów, trzeba wstać, zjeść, spakować się i ruszyć w  drogę. I poszliśmy. Na powierzchnię wyszedłem dokładnie po dwóch dobach od jej opuszczenia.

 

Na zewnątrz było bardzo słonecznie, trochę mroźno. W drodze powrotnej do samochodu zahaczyliśmy o jedną budę, schron grotołazów. Tam Alex wytrzasnął alkohol, grapę. Sam zrobił łyka, no to ja też, ale niewielkiego, co zresztą skutkowało wielkimi odchyłami od pionu w drodze powrotnej.

Po dotarciu do samochodu pojechaliśmy na parking w miasteczku. Trafiliśmy ponownie do znanej restauracji, gdzie miała miejsce intensywna konsumpcja jedzenia. Po przepakowaniu nastąpiło rozstanie, Fabio jechał już sam. My rozstaliśmy się w Lombardii z Romeo. U Alexa wylądowaliśmy bardzo późno. Szybki prysznic i uderzyłem w kimono.

Rano znowu wczesna pobudka. Tym razem udało nam się przywitać z rodziną Alexa. Godzina jazdy i lotnisko w Bergamo. Kolejne pożegnanie tym razem z Alexem. Jeszcze odprawa, lat i lądowanie w Balicach i koniec mojej kolejnej wycieczki do jaskini we Włoszech.

 

 

Krótkie podsumowanie:

Abisso dei Draghi Volanti – jaskinia w Toskani, o głębokości 880 metrów z perspektywą na pogłębienie oraz z wielkimi perspektywami eksploracji do góry. Jaskinia opisywana trzema słowami: krucha, ciasna i mokra – nie do końca się z tym zgadzam.

Fabio, Romeo – eksploratorzy ww. jaskini.

Ciekawostki:

Na potrzeby załatwiania lżejszej potrzeby fizjologicznej na biwaku zastosowano lejek z odwodnieniem w postaci gumowego węża, który umożliwia załatwianie tejże sprawy bez wychodzenia z tenda (namiotu).

Fabio i Romeo na uprząż ubierają kombinezon. Przez specjalne w kombinezonie otwory wyprowadzają deltę oraz uszy od uprzęży. Powody takie postępowania, to unikanie miażdżycy jajek (wśród mężczyzn ma się rozumieć), oraz w ciasnych miejscach nie zahaczają uprzężą o skały.

 

 

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.