^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-03-29 Kalacka i Goryczkowa

niedziela, 30 marca 2014 07:21 FrytkaPunk


Warunki atmosferyczne z ostatnich dni nie nastrajały nas pozytywnie
aby pójść do nisko położonych jaskiń czy próbować swoich sił w tych wyżej położonych.

Mając na uwadze, że sobota nie spędzona w jaskini to sobota stracona wyruszyliśmy do nowych dla nas jaskiń. Kaja zaproponowała Gorczykową, ja dorzuciłem Kalacką. I tak w piątkę spotkaliśmy się w przy dolnej stacji kolejki na Kasprowy i wyruszyliśmy na piechotę pomimo niemrawych głosów, a może jednak kolejką. Przy Kalatówkach zaskoczyło nas, a na pewno mnie morze krokusów. Zawsze słyszałem, że najwięcej ich jest w Chochołowskiej, jednak jak sobie pomyślę ile tam trzeba zasuwać najsampierw po asfalcie a później dnem doliny to wychodzi, że na Kalatówkach jest super blisko, jest dużo krokusów i co najważniejsze mało ludzi.

 Po zrobieniu kilku zdjęć poszliśmy dalej. Trochę nie wczytałem się w opis dojścia licząc, że GPS Kai nas doskonale poprowadzi. Niby ścieżka była ale jak się okazało to nie była ta właściwa. Zresztą namiary z internetu waiponta okazały się bardzo mylące. Wziąłem do ręki Inwentarz Jaskiniowy z niebieską okładką i zacząłem czytać jego zawartość. Wskazywała ona jednoznacznie, że jesteśmy za daleko. Nikomu nie chciało się schodzić na dół i wracać. Kawałek ztrawersowaliśmy. Szedłęm pierwszy, ach jak ja lubię chaszczować, aż poczułem brak wędrówki po górach Ukrainy, gdzie namiętnie oddawałem się chaszczowaniu. Dotarłem do skały i zgodnie z opisem zszedłem na dół i znalazłem otwór jaskini.

 Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tego dnia szczęście mi ponownie dopisze, dzień okaże się dla mnie łaskawy, ale nie wyprzedzajmy faktów. Wcześniej zapytałęm się kolegi Wiewióra, czy idać przez las, z plecakiem i książką wyglądam na uczonego, na bibliofila, na co on rzekł, że na zeoofila. Wcześniejsze zdanie jednoznacznie, jest zapowiedzią, że wyjazd obfitował w wysublimowane myśli a szczególnie słowa, którym nie było końca. Choćby wspomnę, cytat jednego z kolegów gdy w drodze powrotnej ukazał się Nosal: Nosal, nie Nosal, wsadź sobie w dupę kokosa. Żałuję, że nie mam teraz na podorędziu mojego kolegi Sebastiana, filozowa, magistra języków obcych jak i naszego, który z pewnością z lepszą swadą i ogładą opisałby cytaty z naszego ostatniego grotołażenia. Trudno, nie ma go tutaj, a pisać trzeba, więc nie pozostaje tym czytelnikom, którzy jeszcze tak daleko dotarli, jeszcze życzyć trochę wytrwałości w próbie dotarcia do końca tego sprawozdania, które ostrzegam, może okazać się ze szkodą dla mózgu.

 

Gdy wszyscy się przegrali zapuściliśmy się pod ziemię. Trochę korytarza przeszliśmy gdy dotarliśmy do syfonu, a właściwie sadzawki z wodą i małym prześwitem. Swoją drogą pragnę poinformować, że wbrew zapewnieniom mojego starszego doświadczeniem kolegi, jaskinia Kalacka nie jest bezsprzętowa, należy mieć sprzęt, sprzęt do lewarowania. My nie przygotowani musieliśmy się posiłkować małym plastikowym wiaderkiem trochę nieszczelnym przy dnie. Wybór jak zwykle padł na mnie, ja miałem lewarować, ponieważ wszystkie funkcje były zajęte przez administrację: był dyrektor projektu, był główny inżynier, kierownik budowy, tylko fizycznych zabrakło. A mnie praca fizyczna nie jest straszna, w związku z tym podjąłem się lewarowania.

Poziom wody w miarę szybko opadał, niestety powyżej nadmiar wody przez nieszczelności wału zaczął przelewać się z powrotem. Niezwłocznie przystąpiłem do uszczelniania umocnień, ze skutkiem dobrym, w końcu inżynier jestem. Gdy wody już było mało, kolega Robert miał dokończyć lewarowanie. Przymierzał się do tego i przymierzał, aż w końcu przelazł na drugą stronę bez lewarowania. Można by to nazwać niesubordynacją, brakiem działania zespołowego, ale skoro człowiek o największej kubaturze przeszedł, więc była nadzieja i dla nas. Przeszliśmy. Udało się, kolega Wiewiór coś tam mówił o tamie, ale kto by go słuchał, jesteśmy za jeziorkiem, prawie tzw. suchą nogą, więc co narzekać. Trzeba iść dalej. I doszliśmy do końca, do takiej sali a później za nią do końca korytarza zakończonego wodą gdzie jest mała galeria bynajmniej nie małych fallusów.

 

W drodze powrotnej mała niespodzianka. Nastąpiła katastrofa budowlana. Wały przerwała woda w ciągu pół godziny, a podobno taki proces trwa latami. No cóż, takie czasy, wszystkim się śpieszy bo czasu mają mało. Nawet wodzie. Nie pozostało nam nic innego jak przejść tę przeszkodę. Wysłałem przodem dwie osoby w kombinezon z cordury, licząc, że zawsze trochę wody ze sobą zabiorą. Chyba wzięli, sądzę po skali okrzyków. Czwarty byłem ją. Gumoteks nabrał wody, przez szwy i przez rozdarcia. Nawet do butów się nalało. Ostatni przechodził kolega Wiewiór co zostało uwiecznione na taśmie filmowej.

W drodze powrotnej mała niespodzianka. Nastąpiła katastrofa budowlana. Wały przerwała woda w ciągu pół godziny, a podobno taki proces trwa latami. No cóż, takie czasy, wszystkim się śpieszy bo czasu mają mało. Nawet wodzie. Nie pozostało nam nic innego jak przejść tę przeszkodę. Wysłałem przodem dwie osoby w kombinezon z cordury, licząc, że zawsze trochę wody ze sobą zabiorą. Chyba wzięli, sądzę po skali okrzyków. Czwarty byłem ją. Gumoteks nabrał wody, przez szwy i przez rozdarcia. Nawet do butów się nalało. Ostatni przechodził kolega Wiewiór co zostało uwiecznione na taśmie filmowej.

Na zewnątrz przywitało nas ponownie słońce. Na całe szczęście, był czas na przeschnięcie. Wprost z Kalackiej udaliśmy się do następnej jaskini. Tym razem też nie szliśmy zgodnie z opisem. Zresztą mieliśmy dwa opisy, ja inwentarzowy oraz Kaja z internetu. Oba na dodatek trochę sprzeczne. Kluczyliśmy i kluczyliśmy. Mając mapę wojskową w pewnym momencie oddzieliłem się od zasadniczej grupy i mając na podorędziu inwentarz poszedłem samotnie. Po kilkunastu minutach znowu sukces. Znalazłem jaskinię. Ale nie wiedziałem czy to ta, bo w inwentarzu nie było słowa o kracie przy otworze.

Połączyłem się z grupą, która była w zupełnie innym miejscu, ale prowadzona moimi wskazówkami, idąc orograficznie prawą stroną zbocza proszę się kierować w dół w kierunku na najbardziej wysuniętą w kierunku W skałę Myślenickich Turni, mając po lewej stronie słońce. I doszli. Weszliśmy do kolejnej jaskini, Goryczkowej. Korytarzy jest tam sporo, można pobawić się nawet w goniawki lub chowanego. Tylko nikomu się nie chciało. Weszliśmy wszędzie, najdalej Kaja. Cały czas żartom, śmiechom nie było końca. Nie mogę przytoczyć wielu wypowiedzi, a nawet wszystkich, ponieważ były one nieobyczajne i grozić by mogły anatemą mojej strony. W dobrych nastrojach, w mokrych butach schodziliśmy z powrotem do Kuźnic, gdzie niestety miało miejące rozwiązanie zespołu grotołazów. Nasza trójka w drodze powrotnej wstąpiła jak zwykle do jedynej słusznej restauracji u Śliwy, gdzie uraczono nas dobrym obiadem i jak zwykle delikatną nutą z szamba.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.