^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-04-12 Grotołażenie

niedziela, 13 kwietnia 2014 16:50 FrytkaPunk


Dzień (sobota) się zaczął jak zwykle.


O czwartej pobudka, tym razem przesunięta o dziesięć minut, bo jadę sam, nikogo nie zbieram po drodze. Śniadanie, ablucja poranna, może w innej kolejności, szybkie przeliczenie w głowie czy wszystko mam co potrzebne i wymarsz do samochodu. W Czechowicach-Dziedzicach o piątej rano było o stopni Celsjusza. Ruszam w znaną drogę. Muzycznie towarzyszy mi Sztywny Pal Azji, wziąłem sześć płyt, powinno wystarczyć. A że jadę sam to słuchać mogę głośno i śpiewać. W Oravskiej Polhorze jak zwykle najzimniej, -3 stopnie Celsjusza. Później robi się cieple by ponownie w Kirach spaść do -3. W trakcie jazdy trochę mgły, ale i tak jestem dziesięć minut przed czasem.

W oczekiwaniu na Kaję zjadam dwie bułki. Muszę jeść, droga przed nami długa. 7 minut dwadzieścia ruszamy w Dolinę Małej Łąki. Po drodze spotykamy jedną osobę wracającą już z gór. Na Przysłopiu Miętusim widoki przepiękne. Lekki mrozik, słońce, przejrzyste powietrze i już słyszę w głowie głosy wielu ludzi: po cholerę w taką piękną pogodę wchodzić do dziury? Na szczęście w naszym dwuosobowym zespole takie słowa paść nie mogą i nie padają. Idziemy dalej. Jest ładnie, rozmowa ciekawa i nie wiem kiedy jest już Kobylarz. Jego pomylić się nie da. Jak zwykle jego pokonanie kosztuje trochę wysiłku. Schodzimy ze szlaku i jak zwykle w zimie zaczynają się poszukiwania, gdzie ten otwór się znajduje? Tym razem otwór znalazłem szybko, jednak nie obyło się bez kluczenia, tym razem za wysoko wyszedłem. Nie chciałem jednak kusić losu, strome zbocze, zmarznięty śnieg, ale lawina zawsze może zejść. Zresztą pokonanie ostatnich parę metrów do otworu wywołało szybsze bicie mego serca. Gdy osuwa się czekan na którym się wisi a na dole ma się parę metrów luzu i lot wydaje się pewny serce przyśpiesza. Kaja jak zwykle zadała w takich okolicznościach pytanie czy my jesteśmy normalni?


Pożegnaliśmy słońce i weszliśmy pod ziemię. W Wielkiej Litworowej byłem już wiele razy, nawet już w tym roku, ale muszę się przyznać, że nie jestem wstanie odtworzyć w pamięci, drogi, zawsze znajduję ją jakbym pierwszy raz tędy się przemieszczał. Są co prawda pewne stałe punkty, które sobie przypominam, ale jest ich niewiele.

 

Naszemu wyjściu przyświecał konkretny cel, wejście do nieznanych części jaskini. Jak się spojrzy na przekrój, bo na plan to nie ma co patrzeć, to widać ile tam jest bocznych ciągów, partii. Przez przypadek weszliśmy do Partii Szwajcarskich. Byłem tam już raz ale jak już weszliśmy to doszliśmy do koca. Później był I Płytowiec i poszukiwanie Podpłytowca. Udało się. Wyczytałem to z planu, który jest bardzo skomplikowany. Należy pamiętać, że potrzebne są tam dwie plakietki i lina około 20 metrowa. Niestety nie z peregrynowaliśmy kolejnych dziewiczych dla nas terenów, czas się nam było wycofać. Taka ciekawostka. Znany grotołaz Jurek, którego spytałem się jak tam wejść przyznał się, że tam nigdy nie był. To jest coś wielkiego, być tam gdzie Prymuli nie było - tego się nie kupi kartą mastercard. W drodze powrotnej przy II pięćdziesiątce spotkaliśmy zespół z samej Warszawy, który udawał się na rozpoznanie za Błękitną Lagunę. Wiedzieliśmy z Kają, że na sucho im to nie ujdzie:) Wychodziłem jako drugi, Na I Pięćdziesiątce odezwało się we mnie przeczucie, które męczyło mnie całą drogę na powierzchnię. Jednak jego sprawdzenie wymagałoby wysiłku dodatkowego fizycznego, a muszę przyznać się, że byłem głodny, słaby, ledwo powłóczyłem swoimi członkami. Na zlotówce zabrałem swoją linę, ściągnąłem uprząż i widzę, że to nie swoją linę zabrałem, moja dalej tam wisi. Nie wiem jak to się stało. Przecież miałem końcówkę liny z oznaczeniem WGzCz cały czas w ręku, zresztą Warszawiacy inaczej zaporęczowali zlotówkę. Sprawa się wyjaśniła. Moją linę przełożyli, biegła trochę inaczej, to mnie zmyliło. No cóż, trzeba ją iść zawiesić z powrotem a zabrać swoją.

W tym momencie przeczucie odezwało się z wielką siłą, a ja z doświadczenia wiem, że należy go słuchać. Przeczucie: gdy zwijaliśmy swoją linę z II Pięćdziesiątki, to podciągnąłem linę drugiego zespołu, zmoknięci nie będą mogli wyjść, będą czekać do godziny alarmowej. TOPR będzie ich ratował, wszystkiemu będę winny ja. Jak z taką myślą spać, spokojnie jechać do domu. Co prawda rozsądek, doświadczenie podpowiadało, że na pionowej studni nie mogłem podciągnąć liny, nie czułem dodatkowego obciążenia, ale przeczucie wygrało, wszedłem pod ziemię żegnając słoneczko. Kaja spytała się czy obrócę w godzinę, powiedziałem, że spróbuję pomimo, że jestem słaby i głodny jak cholera. Zjechałem na dół. Osobiście sprawdziłem, że doświadczenie i rozsądek miało rację, liny wisiały prawidłowe, ale przeczucie zostało uspokojone. Głód niestety nie. Miałem od Kai kawałek mięsa, ale nie było czasu na spokojną konsumpcję. W całej drodze na dół i z powrotem zdążyłem tylko trzy razy wgryźć się w kurczaka. Z reporęczem zajęło mi to godzinę i kilka minut. W tym czasie słońce prawie schowało się za horyzontem. Ponowie brakowało mi aparatu aby uchwycić te piękne widoki, morze mgieł, z której wynurzają się wyłącznie szczyty Tatr a daleko hen czerwone słońce żegna świat, zanurzając się we mgle, i rozświetlając świat ostatnimi swymi promieniami, nadając mu barwę którą rzadko można zobaczyć, barwę (i tu brakuje mi słów, ponieważ na kolorach to ja się nie znam, nie rozróżniam) ...

Powrót do samochodu trwał bardzo krótko, Kaja musiała zdążyć na ostatni autobus. Udało się. Jeszcze trochę czasu w zapasie zostało. A ja ruszyłem w podróż powrotną znowu przy akompaniamencie Sztywnego Pal Azji. Do domu dotarłem po 1 w nocy, po 21 godzinach na nogach. Dużo picia, ablucja nocna i sen, sen aż do rana. Nareszcie.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.