^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-06-20 Do Dziadka

sobota, 21 czerwca 2014 16:19 FrytkaPunk


Póki sił, póki mocy

Zejdę tam i rozświetle wieczny mrok nocy...

 

W moim przypadku prasowanie nie jest do końca bezpieczną czynnością.

I nie mam na myśli zagrożenia pożarowego czy uszkodzonych części garderoby. Jest jeszcze zagrożenie popadnięcia w alkoholizm, bo nie odmówię jednej czy dwóch lampek wina. Podczas prasowania jako czynności prostej nie wymagającej intelektualnie mój mózg oddaje się podróży po bezkresie myśli, marzeń. Jedno z marzeń, które wykrystalizowało się podczas prasowania zrealizowałem minionego piątku. Boję się jednak na jaką kolejną orbitę wespnie się mój mózg, i co mi to może przynieść, bo jeżeli zgodnie z pewnym prawem, za każdym kolejnym razem ma być większe wyzwanie, to nie wiem czy mu sprostam.

Wracając do zrealizowane marzenia wiedziałem, że logistycznie nie będzie to proste. I dlatego w czwartek obciążony dwoma wypchanymi worami lin poszedłem pod otwór jaskini gdzieś na wysokość 1700 m.n.p.m. Trochę na wariata zniosłem je a właściwie zjechałem w śniegu nad Lodospad. W 3 i pół godziny obróciłem tam i z powrotem, czyli od samochodu do jaskini i do samochodu. Pogoda była piękna, słońce świeciło, ja się pociłem, wory się niosły, nielekkie zresztą. Następnego dnia po krótkiej nocy u Pani Krysi i fajnych rozmowach o jaskiniach w miłym towarzystwie, wyruszyłem na szlak. Niosłem sporo lin i swój dobytek. Jedzenie, butlę z gazem (dwa razy sprawdzałem), palnik, sprzęt osobisty, karabinków bez liku. Po drodze dopadł mnie deszcz, bo jakże mogłoby być inaczej, ale i tak lubię taką pogodę. Byłem sam na szlaku. Pod otwór Wielkiej Śnieżnej dotarłem bez przeszkód. Przebrałem się, potwierdziłem godzinę alarmową, a właściwie przesunąłem ją na 23 myśląc, że i tak wyjdę szybko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem jak się myliłem.

Wyruszyłem w głąb ziemi. Lodospad z trzema ciężkimi worami przyszło i tak szybko mi pokonać. Szybko dlatego, że moja wyślizgana rolka wielkiego oporu linie nie stawiała. Z rękawicy się trochę dymiło. Później była Wielka Studnia. W końcu zacząłem odczuwać, że część lin opuszcza moje wory. Poręczowanie własnymi linami ma jednak jakieś pozytywne strony. Po płytowcach zdecydowanie mi lżej było. W Wodociągu musiałem uważać, nie miałem gumowców a nie chciałem nabierać wody do butów. Na Suchym biwaku była herbata, był naleśnik. Po krótkiej przerwie w miarę sprawnie ruszyłem w dół. Ciężki worek nie ułatwiał mi jednak poruszania. Minęła dopiero chwila, a tu przede mną Błotnie łaźnie. W pewnym momencie zorientowałem się, że coś nie tak jest z tą szczeliną. Przecież nie było tak abym nie mógł poruszyć głową, aby mnie w klacie uciskało. Pomyślałem, że chyba pobłądziłem, że nie zrealizuję planu postawionego na dziś. Trochę walczyłem aby się uwolnić i wrócić na szlak. Wyszedłem ale tak zmordowany, że nic mi się nie chciało. Zmęczony podniosłem głowę i zobaczyłem drogę do Dziadka. I wybrałem ją. Syfon Dziadka odwiedzony, czas na powrót do góry, trzeba pokonać w pionie te 560 metrów.

Ale Błotne łaźnie, dały mi w dupę. Już nie błądziłem, ale sił nie miałem. Więc gdy zobaczyłem Studnię wiatrów to uczułem wielką radość, że nie szczęznę tu pod ziemią, jest jakaś szansa, że dotrę do Suchego biwaku gdzie czeka na mnie smaczny bigos. I tak wlokłem się, słaby, głodny, zmęczony. Wreszcie jest, Suchy biwak, bigos, herbata. Zjadłem niby dużo, ale tak byłem zmęczony, że spać mi się zachciało, ale godzina alarmowa zbliżała się z nadzwyczajną prędkością. Musiałem iść do góry. Teraz robiłem odwrotność tego co rano, deporęczowałem. Te liny gdy się je tak wciąga do góry wydają się nie mieć końca. Ta na Wielkiej Studni myślałem, że nigdy się nie skończy, a godzina 23 zbliża się. Ale udało się 50 minut przed czasem wyszedłem.

A na zewnątrz jak zwykle przywitała mnie mgła i śnieg. Coś mam szczęście do śniegu w czerwcu. Rozpocząłem powolny odwrót. Wlokłem się jak jakiś dziadyga co był u Dziadka. Później samochód, droga do domu w ulewnym deszczu. Ale przy dobrej muzyce jazda nie wydawała się tak nudna. Korzyścią z tego że najczęściej sam jeżdżę jest możliwość słuchania głośno tego co chcę. I zdziwiłby się każdy, bo tym razem to nie punk rock dominował, lecz tkliwa, rzewna muza.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.