^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2011-2012 Sylwester we Włoszech

środa, 06 sierpnia 2014 05:51 FrytkaPunk


Marzenia się spełniają,  ponownie.

(Nie pamiętam czemu nie opublikowałem  tego artykułu wcześnie,
a ponieważ nie mam teraz dostępu do komputera to wten sposób wypałniam moje milczenie).

Wyjechałem w kolejną podróż mego życia. Sam. Na zaproszenie Alexa. Jeszcze nigdy nie byłem tak pewien obaw co do najbliższej przyszłości. W moim mózgu generowały się bardzo czarne wizje. Cześć z nich była pochodną książki "Po omacku" w której kilkakrotnie opisane są upadki grotołazów po uprzednim nieprawidłowym wpięciu sprzętu do zjazdu po linie. Pozostała cześć była efektem wolniejszej pracy mózgu spowodowanej niby beztroskimi dniami, świętami. Gdybym te ostatnie dni przed wyjazdem spędził w pracy to nie miałbym czasu na bezmyślne czy katastroficzne myślenie. Dzień wyjazdu, tj. 29.12.2011 roku był bardzo napięty. Bardzo wczesna pobudka aby zdążyć na samolot. Później podróż zakończona w domu Alexa. Ponownie miałem przyjemność spotkać się z rodzicami i rodzeństwem Alexa.

W poszukiwaniu butli z gazem dotarliśmy do Bergamo. Tam w szybkim tempie zwiedziliśmy stare miasto. Zwiedziłem również fabrykę Alexa. Później, wieczorem miałem przyjemność spotkać się z członkami Speleo Club CAI Romano di Lombardia.

Dość późno w nocy, zmęczony poszedłem spać. Rano pobudka dość wczesna. Po kilku godzinach jazdy docieramy na miejsce. Czas ruszyć w góry. Po drodze zahaczamy o jedno schronisko, Bogani.

W końcu ponownie znajduję się przy otworze jaskini Viva le Donne. Po półtorej godziny zjazdu jesteśmy w Utopii na prawie -400. Po sześciu godzinach w Campo Base na -930. Po posiłku kładziemy się spać.

 

Następnego dnia idziemy na dno. Po drodze jest kilka przeszkód. Fajny jest Puciowski, ale najlepszy jest pseudo syfon. Na odcinku 8-10 metrów leży się całym ciałem w wodzie z nosem przy suficie aby móc wciągać powietrze zamiast wody.

Ciągnąc za sobą wór, trzymając w ręku kask z zalaną do połowy wodą głową przebrnąłem na drugą stronę. Jeszcze trochę marszu i jesteśmy już prawie na dnie. Alex postanawia wspiąć się do nieznanego dotychczas komina.

Trwa to trochę. Wierci dziury, wbija stalowe kotwy czy coś tam. Ja asekuruję. Marznę i to nie mało. Ale nie narzekam. Nawet nie mówię, że zimno. Nie wiem jak długo to trwa, ale zimno jest mi niemiłosiernie. Na moje szczęście komin nie jest długi i eksploracja w końcu się kończy. Powoli dochodzimy do ostatniego syfonu, który dopiero miesiąc wcześniej został pokonany na głębokości -1152 metrów od otworu. Po dokonaniu dokumentacji okolic syfonu wracamy przez pseudo syfon, Puciowskiego i Ramo de Cobrę. Po kilkunastu godzinach znajduję się w Campo Base. Zmarznięty, mokry, zmęczony kładę się spać. Śpimy bardzo długo. Muszę zregenerować swój organizm, siły bo czeka mnie najgorsze, wyjście z -930. Czas w jaskini płynie całkowicie inaczej. Gdyby nie zegarek to nie wiedziałbym kiedy jest tzw. dzień a kiedy noc. Jedno jest pewne. 31 grudnia 2011 roku o godzinie 19 z minutami ruszamy do góry. Alex pragnie wyjść na powierzchnię o godzinie 8 rano 1 stycznia 2012 roku. Północ, nowy rok zastaje mnie na linie gdzieś w okolicach -550 metrów od otworu. Krzyczę do Alexa po angielsku, który znajduje się gdzieś niżej na innej linie: Alex, happy new year, bo zapomniałem jak to jest po włosku. Alex cały czas powtarza jak mantrę: powoli, powoli. Idziemy do góry jednak za szybko. O godzinie 6 minut 15 po 11 godzinach linołażenia z przerwami na jedzenie jesteśmy na powierzchni. Jest ciemno, ale na całe szczęście ciepło przy otworze jaskini. Kolejny raz się wzruszyłem i nie wstydzę się tego. Bo udowodniłem sobie, że jeszcze na coś mnie stać. Nie wiem jak to się stało, że tak szybko wyszedłem na powierzchnię pomimo, że miałem cięższy wór niż 5 miesięcy wcześniej i cały kombinezon wraz z wnętrzem miałem mokry i pełen błota. Ale wyszedłem i to nie zmęczony. Miałem siłę. Mogłem iść dalej. Tysiąc metrów lin nie jest dla mnie już straszne. A wszystko dlatego, że regularnie ćwiczę na linie. Zaprawa jest bardzo konieczna. Nic się nie bierze z niczego. Trening czyni mistrza jak to mówią znawcy tematu. I tak też było tym razem ze mną pomimo, że do mistrza mi daleko, oczywiście mam na myśli Alexa. Pomimo kompletnego braku dostarczanego cukru do organizmu w herbacie, w batonach, miodzie itd., pomimo wrednej choroby jelit wyszedłem w tak dobrej kondycji. Zawdzięczam to również kochanej Mamie, która przygotowała tak smaczny i pożywny bigos, który dawał mi wystarczającą ilość energii zastępując doskonale inne źródła energii dla mnie zakazane. Ważna w takich przypadkach jest jeszcze psychika, która jak zwykle spisała się doskonale. Wiara we własne siły czyni cuda. W drodze powrotnej znowu zahaczyliśmy z Alexem o schronisko Bogani, w którym noc sylwestrową spędziła część grotołazów z InGrigna, których miałem już wcześniej przyjemność poznać. Muszę się pochwalić, że moje dwukrotne wejście do Viva le Donne w ciągu pięciu miesięcy wzbudziło zainteresowanie wśród Włochów. Po powrocie do domu Alexa musiałem się szybko oporządzić, ponieważ następnego dnia, 2 stycznia miałem lot powrotny do domu. Wieczorem po smacznej kolacji pożegnałem się z rodzicami Alexa. Mam cichą nadzieję, że będę miał przyjemność skorzystać z zaproszenia i ponownie ich odwiedzić. Rano wylądowaliśmy na lotnisku. To co przyjemne niestety szybko się kończy. Podziękowałem Alexowi za gościnę, za wszystko, za opiekę, za cierpliwość i powędrowałem do samolotu. Tak skończyła się moja kolejna podróż w kierunku centrum ziemi.

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.