^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-10-11 Trawers W. Litworowa - W. Śnieżna

wtorek, 14 października 2014 06:00 FrytkaPunk


Tę akcję zaplanowałem już dawno.

Wymagała trochę działań logistycznych oraz co najważniejsze przewodnika z referencjami, z doświadczeniem. Takowy się znalazł, najlepszy. Jurek zwany przez znajomych Prymulą odpowiedział na mój apel i zapowiedział, że 11 października możemy iść na trawers Wielka Litworowa – Wielka Śnieżna. Tydzień wcześniej przy wydatnej pomocy wymienionych we wcześniejszym sprawozdaniu grotołazów zaporęczowałem jaskinię Wielką Śnieżną. Wielką rolę w poprzednim wyjeździe i w tym odegrał wielki nieobecny Sławek z Orawy, członek Speleoklubu Tatrzańskiego, który pośredniczy w nawiązywaniu kontaktów pomiędzy grotołazami (Nie wiem tylko ile bierze za pośrednictwo od zainteresowanych. Ode mnie nic nie chciał, zresztą dostałem od Sławka nowy karabinek, czyli prowizję za pośrednictwo musi brać tęgą. To żarty są ma się rozumieć).

Wielka Śnieżna zaporęczowana, można iść na trawers. Tak gwoli przypomnienia, w zeszłym roku przygotowałem takie same wyjście, ale z powodu problemów rodzinnych w ostatnim momencie musiałem się wycofać. W tym roku mi się udało. I w piątek, po czułym pożegnaniu wsiadłem do samochodu Jurka i pojechaliśmy do Witowa. Tam u Pani Krysi przenocowaliśmy. Jak zwykle udało się spotkać znajomych grotołazów, a właściwie grotołazki. Rano pobudka o 6 minut zero zero lub kilka później. O 7 spotykamy się w umówionym miejscu z Sylwią (ST), Zbyszkiem (Vertical), Gabrysią i Krzyśkiem oraz Filipem i Michałem (ST). Ruszamy do góry Doliną Małej Łąki. Jest pięknie, chociaż według „miejscowych” dmie halny. Podobno jak w górach wieje halny, którego podmuchy docierają do Krakowa ludzie stają się nerwowi. Na mnie to chyba nie działa. Jak zwykle sypię kawałami i mam dobre samopoczucie pomimo, że wiem co mnie czeka, pomimo, że dolepiają mi etykietę kierownika akcji. Kierownik, furda i tyle. Idziemy w promieniach słońca, w ciepłym powietrzu. Niestety na wysokości Niżnej Świstówki słońce a właściwie jego dobrodziejstwo widzimy wyłącznie na horyzoncie. Nad nami wiszą chmury, a może mgła. Ale nie pada, jest ciepło, czyli jest dobrze. Przy Wielkiej Śnieżnej przebieramy się do wejścia do jaskini i na powierzchni idziemy do otworu Wielkiej Litworowej.

 

Na biwaku w Wielkiej Litworowej. Foto: Gabrysia.

Przecinamy szlak na Małołączniak. Nie ma turystów. A liczyłem na wpływy ze zdjęć cepra (stonki) z grotołazem. We mgle prowadzi nas niezawodny GPS w osobie Jurka jak po sznurku. Chwilami tracę go z oczu, idę wolno oszczędzając siły. I w tej mgle brakuje mi dźwięku dzwonka, który wskazywałby na położenie przewodnika stada. Jest w końcu otwór Wielkiej Litworowej przed zaplanowanym czasem. Liny już są powieszone przez Gabrysię i Kryśka. Gdzieś na siódmej pięćdziesiątce a pomiędzy osiemnastym a dwudziestym płytowcem szybcy i wściekli dopędzamy poręczujących. Jak na razie Jurek jest dla nas litościwy. Nie pada hasło: psy, ruszać się. Krótka przerwa na biwaku, podziękowania i rozstanie z Gabrysią i Krzyśkiem, którzy teraz mogą zdeporęczować to co zaporęczowali.

Na biwaku w Wielkiej Litworowej. Foto: Gabrysia.

My ruszamy dalej w dół. Niby znam tę drogę, niby, ale gdy biegnę za Jurkiem, bo z marszem to nie ma nic wspólnego, to nie mam czasu na rejestrację, gdzie dokładnie jesteśmy. Rozpoznaję dopiero linę na Maglu. Później jest Elektromagiel i jest w końcu, ponownie Błękitna laguna. Tym razem wita mnie niskim poziomem wody. Jest szansa, że plecy uratuję od przemoknięcia. I tak też się stało, tylko przód jest mokry. Jest chwilami ciasno, ale gdy się idzie w ślad za Jurkiem ciasnoty nie są straszne. Zaciski mijają jeden za drugim, za każdym z nich moje samopoczucie się poprawia. Jest szansa, ze przejdę. Ostatni przechodzę w ogóle bez bólu, bez problemu. Co prawda szkła w okularach jakoś nie pasowały do oczu, ale to jest mały problem. W końcu jest Komin Ekstazy. Trochę zjazdów i Nowy biwak. Krótka przerwa na jedzenie. Do jaskini wchodziłem wyposażony w sześć naleśników, podwójną kromkę z wędliną i czymś tam jeszcze, oraz dwie kromki z kotletami mielonymi. Cały ekwipunek żywieniowy niosłem w jednej z dwóch szpejarek. Jak to bywa, chwilami to czołgałem się na nim, miałem go gdzieś obok, to znowu przygniotłem. I wraz z pokonywaną odległością coraz dziwniejsze zapachy dolatywały z mojej szpejarki. Gdy otworzyłem ją na Nowym Biwaku to aż mną wstrząsnęło. Widok i zapach był ogólnie mówiąc straszny. Mielone nie tylko przypominały to co byłoby z nich gdyby zostały przetrawione, ale tak wyglądały. Jedna wielka kupa. Przez głowa przebiegła straszna myśl, czy coś nie tak z moim mózgiem. Czy coś mi umknęło z mojego życia. Bo nie pamiętam kiedy jadłem mielone i kiedy ponownie napełniłem woreczek. A wszystko na to wskazywało. Pozostały mi tylko naleśniki.

Z pobytu w zaciskach pozostały w pamięci fantastyczne słowa które wypowiedział Michał po pytaniu Filipa, jak pokonać tę trudność połączoną z wodą, że wszystko zależy od Twojej „kultury chodzenia”. I to jest prosta definicja pokonywania trudności w jaskiniach, wszystko zależy od kultury chodzenia. Jak pięknie powiedziane.

Dalsza część połączenia czyli Galeria Krokodyla to spacer. Bo w dół, bo już tu byłem. W końcu lądujemy przy rozdrożu, skąd prowadzą drogi do otworu, do dna Wielkiej Śnieżnej, czy do któregoś tam Wodospadu. Młodzi koledzy chcą jeszcze zobaczyć Syfon Dziadka. Ponieważ byłem tam w zeszłym tygodniu więc sobie to odpuszczam i wraz z Sylwią i Jurkiem idziemy w kierunku do Suchego biwaku. Tam po krótkim odpoczynku ruszamy do góry, do otworu. Jakoś tak rozmowa kręciła się chwilami koło specyfiku, po którym żagiel staje. Niby jakiś brawwweran. Ale mnie na Koniu bardziej interesował Stopppperan. No i wystrzeliłem do góry. Z krótkimi przerwami na powierzchni byłem po osiemdziesięciu paru minutach. Śpieszyło mi się. I tak trawers zrobiłem w 8 godzin i 55 minut (wejście o 10:22, wyjście 19:17. Część grupy wyszła trochę po mnie, ciesząc się na równi ze mną, że jest ciepło, że nie pada, że akcja się udała, że wszyscy w domu, że kurs euro nie pada, że Jarek nie rezygnuje z bycia prezesem, że Kopernik był kobietą, że Ewa nie jest Donaldem, że wszystko jest takie żółte i że hydraulik ma fajną rurę.

Koledzy ręporęczowali Wielką Śnieżną trochę to jak zwykle trwało, a nam się jednak zimno zrobiło. Jurek odtrąbił zejście na dół i we dwójkę powoli zaczęliśmy odwrót. Gdy byliśmy w Małej Łące zobaczyliśmy światło czołówek naszych współuczestników akcji na Niżnej Świstówce.

Byłem trochę głodny. Ale niestety hot-doga na stacji nie było. Pozostały mi paluszki i coca-cola. Po powrocie do Pani Krysi zjadłem resztki jedzenia, wziąłem bardzo ciepły prysznic i udałem się spać, aby doczekać do rana gdy Maestrowozem miało dojechać wsparcie z Bielska. Wraz ze wsparciem dokonaliśmy w niedzielę równie wielkich czynów które zasługują na kolejny artykuł zwany pożądaniem, tfu, sprawozdaniem.

Jakoś należy zakończyć te moje kolejne wypociny. A więc, najważniejsze to podziękowania dla pana Przewodnika Jurka Prymuli. Za kunszt prowadzenia grupy, za mobilizację, za chęci, za tę wartość dodaną, którą wnosi swoją osobą. Za to, że można na nim polegać i na niego liczyć. Następnie w kolejności są Gabrysia i Krzysiek za pomoc w poręczowaniu Wielkiej Litworowej. No i na sam koniec całej grupie z Zakopanego, dobrzy jesteście. I do następnej akcji, oczywiście jeśli będziecie chcieli.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.