^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-11-02 W Kaskadach Warszawskich

poniedziałek, 03 listopada 2014 22:53 FrytkaPunk


Zrywam się o czwartej rano.

Tym razem nietypowo bo w niedzielę. Ale zgodnie z dewizą dzień święty święcić, świętować zamierzam pod ziemią. Ciepły posiłek, rzut oka na podłogę czy wszystko wziąłem i ruszam do samochodu. Na polu jest ciemno, przymrozku na szczęście nie ma. Włączam silnik, usuwam rosę z szyb i ruszam. Powoli. Nikogo nie zabieram po drodze, z nikim nie jestem umówiony na Groniku, więc mogę jechać jak mi się chce. I tak nie jadę jak chcę ale jak wymuszają warunki pogodowe na drodze. A wymuszają powolną i ostrożną jazdę. Już przed Żywcem oczy mnie bolą od wpatrywania się we mgłę. Ale jadę dalej. Po drodze na stacji benzynowej pasę tasiemca, a niech ma bandyta hot doga z symbolicznym ketchupem. Budzi się dzień do życia. Na szczęście kierowców nie wielu się obudziło. Na 130 kilometrów drogi może dwadzieścia samochodów minąłem. To dobrze.

Przepak przy samochodzie, ciężkie buty na nogi, ciężki wór na plecy i ruszam. Sam na szlaku. To lubię. Śliskie kamienie nie pozwalają na normalny rytm. Zresztą nigdzie mi się nie śpieszy. Słońce co prawda jeszcze kryje się za okalającymi mnie grzbietami, ale wiem, że nie będzie padać bo nie ma z czego. Na Wielkiej Świstówce jeden Kozioł, bez stada wpatruje się we mnie. Ciekawe co myśli. W końcu schodzi leniwie mi z drogi. Dochodzę do oblodzonego progu wyposażony w czekan, który jednak bardziej mi przeszkadza niż pomaga. Jeszcze kilkanaście minut i mogę się przebierać. Jak na tę porę roku i zalegający wokół śnieg jak dla mnie jest bardzo ciepło. Mogę operować palcami, nie zamarzają. Kilka zdjęć na pożegnanie słońce, które dalej chowa się za Małołączniakiem i wchodzę do Wielkiej Śnieżnej.

Jest moja lina, poręczuję. Wpinam się tylko lonżem i za szybko zjeżdżam po lodzie. Coś się stało z rurą. Nie mam jej. Jest za to szeroko i przestronnie. Albo kamienie poleciały gdzieś w dół, albo tak śniegu nagle dużo ubyło. Jest i Lodospad, albo jego resztki. Niedawno nabito nowe punkty, a już są za wysoko, chwilami nawet dla mnie. Wielka Studnia, odgłos spadającej liny jest intrygujący. Płytowce, znowu jestem mokry, od pasa w dół. Ostatni odcinek linowy przed wodociągiem a liny nie ma. Czyżby ją ktoś zajumał, bo nigdzie w pobliżu jej nie ma. Na całe szczęście znalazłem ją w drodze powrotnej. Moje delikatne obawy były przedwczesne. Nic nie ginie, tylko najwyżej zmienia miejsce położenia. Pięćdziesiąt metrów z nurtem wody i skręcam w prawo w Kaskady Warszawskie. Tak mi się spodobały poprzednim razem, że postanawiam zrobić kilka zdjęć i teraz mam zamiar na to czas poświęcić. Ale zanim zacznę się bawić aparatem czas na małe co nieco. Rozstawiam najważniejszy sprzęt w jaskini i robię to co jest najważniejsze. Bo bez tego nie ma sensu wchodzić do jaskini. Zaczynam odgrzewać posiłek. Dzisiaj w menu jest makaron z sosem słodko-kwaśnym oraz kurczakiem. A na dokładkę dobra, świeża herbata.

Najedzony mogę zająć się pierdołami. Robię kilka ujęć. Efekt: jestem cały mokry i ani jednego dobrego zdjęcia. Czyli jak zwykle. Idę po linach do góry. Trzeba uważać na te liny, bo podobno pochodzą jeszcze z czasów eksploracji czyli z lat 80-tych poprzedniego wieku. Znowu kilka ujęć, znowu nieudane. Ale może kiedyś się uda. W końcu najwyższy czas wracać. Powrót do wodociągu i zaczynają się liny do góry. Idę powoli. Do godziny alarmowej mam dużo zapasu. Idę i rozmyślam. Bo jest na to czas. Takie samotne wędrówki mają tę wspaniałą zaletę, że można pobyć samemu ze swoimi myślami. Jednak wiem, że na rozmyślania mogę sobie pozwolić tylko wtedy gdy idę po linach do góry, prawdopodobieństwo popełnienia błędu jest mniejsze, w końcu mam dwa przyrządy i zawsze któreś jest wpięte. Gdy zjeżdżam wyłącznie na rolce to muszę się skupić na to co robię. I tak szedłem powoli, lina za liną. Myśli dużo kłębiło się w mojej głowie. Plany jaskiniowe, plany na życie, co dalej.

I w końcu wynurzyłem się. Przywitała mnie już noc. Ale nie otuliła całkowicie świata. Można było rozróżnić pobliskie góry. Dalej było w miarę ciepło. Przebieranie w suche ciuchy było przyjemnością. Po odtrąbieniu mojego wyjścia powoli rozpocząłem odwrót. Na progu ponownie było ślisko. I nieważne czy ma się nowe czy stare buty, wszystkie jeżdżą. Chwilami poruszałem się na czworakach. Na Wielkiej Świstówce zaległa cisza. Słyszałem swój oddech i chrupot śniegu pod butami. Wokół żadnych świateł z czołówek. Dalej jestem sam. Ten świat jest taki inny, gdy ciszę w Tatrach nie przerywa głos ludzki czy nawet zwierząt. W końcu powolny marsz ma swój koniec, widzę samochód. Przebieram się ponownie, odpalam silnik i ruszam. Znowu mgła na drodze. Jadę wolno ale dojeżdżam do domu szczęśliwie.

Ot taki krótki spacer, ale potrzebny. Wyciszyłem się, nabrałem sił do życia. Zaspokoiłem chęć na jaskinie, wystarczy jej do następnego weekendu.

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.