^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-11-08 Do Dominiki

wtorek, 11 listopada 2014 17:06 FrytkaPunk


Ponownie los okazał się łaskawy.
Udało się wejść i wyjść z jaskini i to na dodatek w doborowym i miłym towarzystwie.
Ale od początku.

Sobota, przed czwartą rano pobudka. Po niej to co zwykle, ruchy kluchy, aby się wyrobić w określonym czasie. Pięć minut przed czasem wychodzę na pole. Pada deszcz. Niemiła informacja. Ruszam, na drodze mokro, mgła, deszcz, szybko nie pojadę. Wschodnia obwodnica Bielska-Białej, mam skręcać na ulicę Żywiecką zgodnie z nakazem, ale go nie ma. Mogę jechać dalej prosto. I jadę niedawno otwartym kawałkiem drogi ekspresowej do Żywca. W kierunku na Żywiec, uściślam. Bo dojechać obecnie można do Wilkowic. Ale i tak dobrze. Zawsze krócej jedzie się przez pipiduwy. A później jak zwykle, jadę przed siebie. Po drodze zajeżdżam do Jabłonki, pod kościół, nie ma obaw aby się pomodlić tylko zbieram Sławka (ST) z Orawy. W Witowie zbieramy Sylwię (ST) i spotykamy się jeszcze z dwoma przedstawicielami klubu z Nowego Sącza Teresą i Mariuszem (SKTJ). W czwórkę wchodzimy do Doliny Małej Łąki.

Naszym celem jest Jaskinia Wielka Śnieżna i Syfon Dominiki. Chciałem osobiście pójść w nieznane mi takie partie, ale zaproponowany Syfon Dominiki też uznałem za godny cel. Pogoda dopisywała, nie dość, że nie padało, to skała była sucha, halny wywiał te białe gówno zwane śniegiem i marsz odbywał się bez przeszkód.

 

Reklamówka pełna żarcia, gotowy jestem do zejscia na dół.

A na głowie mam pożyczony na chwilę kask z motywem Obcego.

Jak to zwykle bywa rozmawialiśmy, a precyzując ja gadałem. Przy otworze zrobiliśmy kilka zdjęć i rozpoczął się zjazd na –300. Na Suchym Biwaku krótka przerwa na jedzenie i poszliśmy w dół. Chłopaki prowadzili do II Biwaku, później przejąłem prowadzenie. I tu śmiać mi się chce. Teraz ja prowadzę grupy, a nie ja jestem gdzieś tam prowadzony. Za przewodnika służę. Ot taka ironia losu. Sierota jaskiniowa prowadzi inne sierotki. Bo mądrzy to oni nie są, że za mną idą. Ale wracając do marszu, Sławek zaporęczował Studnię Wiatrów i poszliśmy w te ciaśniejsze miejsca. Dróg dotarcia do syfonu jest kilka, proponuję te najkrótszą i najłatwiejszą, iść jak najbliżej wody po ostatniej linie ze szkicu technicznego. Co prawda trzeba później przejść dwa – trzy metry zapieraczką nad samą wodą w pozycji poziomej, ale co to jest dla grotołaza. Zapieraczka, najfajniejsza technika. I jest syfon. Czekam na grupę, która rozlazła się i próbuje dojść wieloma wariantami. Zimno mi. Chciałem wcześniej pójść na skróty, nie wpinać się do jednej liny w korytarzyku z misami i wpakowałem się gumowcami w głęboką wodę. Skarpety mokre, getry również. W końcu są, dwoje dotarło. Po kilkunastu minutach doszła druga dwójka. Ale mieli mały wypadek. Kamień spadł na nos i rękę. Bystrości wzroku u osoby poszkodowanej nie widzę. Pytam się czy da radę, odpowiada, że tak.

 

Wracamy. Idę ostatni. Mam czas na myślenie. Chwilami skazuję drogę, zbieram pogubionych. A kto mnie znajdzie gdy ja się zgubię? Jest Suchy biwak, a na nim inna grupa. Rozmawiamy, albo ja prowadzę monolog. Gotuję, a właściwie podgrzewam jedzenie i sporządzam herbatę. Ruszamy do góry. Po drodze spotykamy drugą ekipę. Idą gdzieś w głąb ziemi. Wlokę się na końcu. Na Wielkiej Studni koleżanki czekają na linę. Wiem, że poczekam na swoją kolej. Długo poczekam. Kładę się na rumoszu skalnym zalegającym dno studni i czekam. Czekam. W końcu koleżanki wpinają się w liny i ruszają. Co robić, włączam maksymalne światło i niby doświetlam koleżanką drogę, aby nie pobłądziły na tych linach i delektuję się widokiem, powiedzmy skał.

 

Nad lodospadem zadziwia mnie to co stało się z dawną rurą, nie ma jej. Nikt nie mówił, że jaskinie się nie zmieniają. Na zewnątrz wita mnie miłe ciepło, wieczór i całą uśmiechniętą grupa. Powrót do auta udaje się spokojnie. Zapowiadany deszcz dalej nie pada, kamienie nie są śliskie, spokojnie można rozmawiać. Przy autach pożegnanie, do następnego wyjazdu.

Dasz wór!

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.