^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-11-22 Samotny w ciemności

poniedziałek, 24 listopada 2014 06:20 FrytkaPunk


Błysk, uderzenie i dopiero później zmysł słuchu rejestruje, że się zaczęło, ...

Właśnie wychynęli z kniei. Ich oczom ukazał się nie ugór, lecz pola na których migoce złote zboże gdy dojrzale czeka na ruch żniwiarza...

 

Tak, tak się powinno zaczynać moje kolejne sprawozdanie. Ale nic to. Będzie jak zwykle, topornie, ale nie siarczyście. Wchodzę do doliny sam. Głowa jeszcze boli, niewyspany, słaby. W końcu aspiryna zaczyna działać. Pozostaje tylko niewyspanie i słabość. Szlak jest zmrożony, buty się ślizgają. Wokół brak żywego ducha. Idę dalej, pojawia się śnieg. Pierwej leży wyłącznie na drzewach przyozdabiając je lekką białą czapą. Później niestety śnieg pojawia się na ścieżce. Jest gorzej. Przy Kobylarzu sięga do kostek. Mgła zakrywa dalszą drogę, ale ja wiem, że jest pod górę i jest tego 300 metrów w pionie. Gdzieś na 1725 metrów nad poziomem morza mgła zostaje pode mną. Nie ma deszczu, nie ma śniegu lecącego z góry, jest piękne słońce i wspaniała widoczność, panorama na nieliczne wystające z morza mgieł szczyty. Ledwo co wystaje Kominiarski Wierch. Babiej nie widać.

Przecieram szlak, idę dalej sam. Skręcam z grzbietu w ledwo widoczną tak dobrze mi znaną ścieżkę. Na wypłaszczeniu przebieram się choć do jaskini mam jeszcze kilkaset metrów. Przebrany trawersuję zbocze. W gumowcach nie jestem pewny kiedy pojadę w dół. Udaje się dotrzeć do otworu bez dodatkowych emocji. Zaczynam poręczować jednocześnie żegnając piękne słońce. Wiem, że jak wyjdę to będzie ciemno. Pierwsza, druga, trzecia studnia. Zjeżdżam. Głodny i niewyspany. Jest I Płytowiec. Ale nie mam sił. Nawet na zjeżdżanie. W końcu biwak. Docieram do niego z trudem. Grzeję bigos i sporządzam herbatę. Niby najedzony regeneruję siły. Chwilę odpoczywam. Budzę się po godzinie, zmarznięty i obolały. Skały nie są najlepszym materacem. Ruszam w dół. Targam nielekki worek. Dopiero za trzecim podejściem znajduję właściwą drogę. Trochę przy tym czasu straciłem i sił. W końcu jest pierwsza właściwa przeszkoda. Taka trochę mityczna, ale ja ją już znam. Coś tam robię, zajmuje mi to trochę czasu, ale efekt jest, nieporażający co prawda. Problem nie rozwiązany, potrzebny będzie kolejny spacer w to miejsce aby później było łatwiej.

Bo teraz miałem do zrealizowania trzy cele, rozpoznanie osobiście drogi do Magla od Biwaku, ugłaskawienie Magla, rozpoznać drogę do Komina Ekstazy. Dwa pierwsze cele zrealizowane. Na trzeci czasu i sił zabrakło. A miało być tak pięknie. W następny weekend miałem zrobić to coś najtrudniejszego, ale gdy obiektywnie patrzę na swoje możliwości, to co najwyżej mogę zrobić system Mylnej. I tak w drodze powrotnej rozmyślałem, gdzie straciła się moja dobra kondycja, a jeżeli już to dlaczego i mam nadzieję, że nie na długo. Dotarłem z powrotem do biwaku. Ponownie ciepła herbata, podsuszanie, naleśniki z serem. No może nie w tej kolejności. I Płytowiec z trudem zrobiony. Kolejne odcinki coraz gorzej. Na I Pięćdziesiątce dwa razy odpoczywam. Brak sił. W końcu jestem na powierzchni. Mróz, ciemność i śnieg mnie witają. Nie przebieram się tylko wrzucam wór do wora, ogarniam się trochę i ruszam. Ponownie sam. Tylko tropów kozic przybyło. Aby urozmaicić sobie drogę powrotną nawiązuję kontakt telefoniczny. Kilkukrotnie jest nagle przerywany. Ręka z telefonem nie jest wstanie nadążyć za upadającym ciałem. Ma to i swoje zaloty, okrzyk towarzyszący upadkowi nie niszczy słuchu rozmówcy. W końcu zakańczam marsz zboczem Skoruśniaka, jest Przysłop Miętusi. Stąd, szybko za 20 minut dobiegnę do wylotu doliny. I staram się. Jest w końcu parking. Przebieram się powoli, gumowce nie chcą się zsunąć. Zasiedziały się. W końcu dobieram się do termosa z herbatą. Do tego naleśnik. I rura w drogę powrotną.

 

I gdzieś w zakamarkach, mojej świadomości rodzą się obsesje, że we mnie bije serce świata, że wszechświat jest we mnie*. Bo w tej samotności, gdy na rozmyślania jest wiele czasu, gdy wokół jest cisza nie mącona czy to głosem ludzkim czy nawet szumem wiatru; w ciemności jaskini rozświetlanej tylko i wyłącznie czołówką, czy nawet na szlaku można dojść do dziwnych wniosków: że w granicach mojej skóry jedno słowo się mieści, smutek zamyka oczy a nadwrażliwość zaciska pięści*.

* Za Dezerterem

 

 

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.