^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2015-01-10-11 W Beskidach

poniedziałek, 12 stycznia 2015 07:47 FrytkaPunk


W górach szaleje halny. Duje mocno. Temperatura się podnosi.

Śnieg staje się ciężki i mokry. Wyruszam na szlak. Jest późno, bo po godzinie 20. Chwilami włączam czołówkę, aby nie pobłądzić. Brnę powoli w tym mokrym śniegu. Czas dojścia na szczyt nie będzie rewelacyjny, ale nie o rekordy mi chodzi. Moim celem jest relaks, ruch, wysiłek który sprawia przyjemność.

 

Idę dalej. Wokół słyszę jakieś zwierzęta. Nie atakują, więc nie jest źle. Na polanie podszczytowej rozbijam namiot. Chwilami mi ucieka, muszę go gonić. Szpilki śniegu się nie trzymają, w chwilach bez podmuchów obsypuję namiot śniegiem. W końcu stoi. Czas dla mnie. Warto się schronić w namiocie, bo deszczu już mam dość. Nasiąkłem trochę wodą. Zaczynam odgrzewać jedzenie. Sam je zrobiłem. Jest duże ryzyko, że rano znajdą trupa. W końcu sam Sanepid zabronił mi sporządzać posiłki. Później czas na herbatę i kanapki. Patrzę na ten chleb, a właściwie połówkę którą wziąłem i zadaję zasadnicze pytanie: Frytka co ty będziesz jutro jadł? Włączam e-booka, czytam, po godzinie morzy mnie sen. Trudno jednak zasnąć, namiot szaleje targany wiatrem, nierówna i pochyła podłoga również nie ułatwia zaśnięcia.

U mych zamkniętych drzwi
Pod moim ciemnym oknem
Wieje wiatr wieje wiatr
A w innych miastach
W zdumionych oczach Twych
Na niebie ślad
Gdzie ja tam będziesz Ty
Gdzie ja tam będziesz Ty

W nocy sytuacja pogodowa się zmienia. Przestaje wiać ciepły wiatr. Zaczyna robić się zimno. Trzeba włączyć ogrzewanie śpiwora. Przyjmuje pozycję embrionalną i oddechem ogrzewam się. I próbuję spać. Rano, jest późna godzina, czuć mróz. Włączony palnik emanuje ciepłem. Odgrzewam obiad i zapycham go kanapkami. Co będzie później, co będę jadł nie interesuje mnie teraz. Pakuję się. Palnikiem podgrzewam wnętrze butów. Wychodzę na zewnątrz. Wszystko zamarzło. W tym mój namiot. Ciężko go złożyć. Wiatr w tym nie pomaga. Ruszam. Stopy mi zamarzły. Odtajają dopiero za półtorej godziny. W tym czasie próbuję wejść na szczyt. Wczoraj zapadałem się powyżej kolan. Dzisiaj jest gorzej, bo dopiero po przeniesieniu ciężaru na nogę zapadam się nawet po biodra. Długo to trwa. Przydałyby się rakiety śnieżne. A tak należy brnąc i iść przed siebie. Idę. Godzinę, dwie, trzy, cztery. Spotykam dwie osoby. W końcu są ślady innych osób, nie muszę torować drogi. Idzie się lżej. Mijam jakieś schronisko. Ale nie chce mi się wstępować.

 

Wchodzę na szlak czerwony, żegnając zielony. Obieram kierunek powrotny. Po prawej widoczny jest szczyt Muńcuła u podstaw którego spałem. Wiatr wieje dalej. Jest nawet bardziej niż zimno. Ale wyjmuję aparat i robię dwa zdjęcia. No, trzy, siebie też należy uwiecznić. Idę dalej. W chwilach gdy las mnie chroni od wiatru nadrabiam zaległości w kontaktach towarzyskich. Prowadzę rozmowy przerywane zanikiem sygnału. Idę dalej. Schodzę bez szlaku do Danielki. Wchodzę na asfalt. Jest oblodzony. Parę razy krok jest bardziej niż niestabilny. Jest obawa, że przyjdzie mi obrać pozycję horyzontalną. Mantruje pod nosem jedno zdanie. Błagalne. Zostaje wysłuchane, przyśpieszam kroku i mam pilną potrzebę się śpieszyć.

Jesteś, jesteś, jesteś i wiatr cię nie porwał jeszcze
A wiatr to Twoja nadzieja zatańczysz kiedy zawieje
Bo Ty masz w sobie żar i masz w sobie chłód
I masz w sobie ciszę i głos wielu wód
I masz w sobie tajemnicę o której nikt nie wie nic

Jesteś, jesteś, jesteś, jesteś, jesteś, jesteś

Jesteś, jesteś, jesteś i wiatr już wieje nareszcie
Posłuchaj jak śpiewa patrz tańczą wszystkie drzewa
Kiedy, kiedy, kiedy, Ty tańczysz to tańczą wszystkie gwiazdy
Bo Ty masz w sobie tajemnicę o której nikt nie wie nic

Jesteś, jesteś, jesteś, jesteś, jesteś, jesteś

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.