^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2015-01-17 Ciasne i Wielkie Kominy

poniedziałek, 19 stycznia 2015 07:19 FrytkaPunk


Poczułem zew, należy trochę pogrotołazić, bo dawno w jaskini nie byłem.

W planach miałem udać się samotnie do jaskini Miętusiej, do Ciasnych i Wielkich Kominów. Dlaczego samotnie? Otóż od czasu kursu mam zadawnione i niewyrównane rachunki z Ciasnymi Kominami a właściwie z zaciskiem Kaczanosia. Był grudzień bodajże, kilka lat temu, chory kursant (wrzodziki szalały na jelitach), FrytkaPunk pod opieką instruktorów próbował wcisnąć się do Ciasnych Kominów. Utknąłem w zacisku na długo. Byłem zbyt słaby by próbować go pokonać. I tak mijały lata, a Ciasne Kominy dalej były dla mnie białą plamą i ujmą na honorze:) Dwie próby wejścia spełzły na niczym. Osoby mi towarzyszące ze względu na swoje gabaryty mogły udać się wyłącznie do Wielkich Kominów. I tak w końcu postanowiłem, pójdę sam i nic mi nie przeszkodzi. Jednak w ciągu tygodnia uzbierała się pięcioosobowa grupa, która w całości liczyła na Ciasne Kominy.

 

Przygotowałem liny i zaproponowałem podział na dwie grupy, aby akcja przebiegła sprawniej, aby nie marznąć w oczekiwaniu na swoją kolej na linie. Spotkaliśmy się wszyscy w Kirach o siódmej rano: Kaja, Sylwia, Sławek, Mikołaj i ja. Po podziale lin ruszamy. Dolina Kościeliska to jedno lodowisko. W gumowcach jakoś się trzymam nawierzchni. Buty trekingowe koleżanek i kolegów już nie. Trzymali się poboczy. W Dolinie Miętusiej halny wiał mocno. Chwilami musiałem iść bardzo pochylony do przodu aby utrzymać równowagę. Gdy byliśmy przy otworze jaskini usłyszeliśmy najpierw jeden potem drugi trzask drzew skoszonych przez wiatr. Nie było nam hi hi.

 

Sławek walczy w zacisku.

Przebieramy się, gawędzimy, opowiadamy kawały. Jest dobrze, nie jest zimno. Wpadam do otworu jako ostatni. Rura początkowo jest zalodzona, ale nie dramatycznie. Pierwsza lina i doganiam towarzystwo. Niestety mój plan podziału zespołu na dwie grupy upadł, bo jedna lina gdzieś się zawieruszyła. Nic to, idziemy razem. Najsamprzód Ciasne Kominy. Sławek poręczuje, przed ostatnimi trzema zaciskami przejmuję prowadzenie. Wcześniej w końcu pokonuję Kaczanosia, bez problemów. Rachunek w końcu wyrównany. Do kolejnych zacisków przymierzam się sam, bez podpowiedzi. Przechodzę jednego za drugim i ukazuje się platforma nad wodą, czyli trafiłem tam gdzie trzeba. Proponuję abym pierwszy wychodził, będę miał czas na odgrzanie jedzenia i sporządzenie herbaty. Ruszam. Przy którymś tam zacisku spędziłem trochę czasu, przesuwam się dwadzieścia centymetrów, chwila przerwy, raz dłuższa raz krótsza i przesuwam się dalej. W pewnym momencie słyszę mocne dudnienie. Co się dzieję, zastanawiam się. A to wali moja pompka, ta górna, zwana potocznie sercem. Biorę więcej oddechów, i przeciskam się dalej. W końcu jest lina wpinam się i wtranżalam się z crollem w Kaczanosia. Daję radę go wypiąć w zacisku, znalazł się luz na dłoń. Jeszcze chwila i jest upragnione jedzenie. Rozpalam gaz, robi się trochę cieplej. W tym czasie koło mnie przemieszcza się zespół goprowców pod wodzą Diabła. Jest chwila na pogawędki. Równocześnie gotuję. Mam pyszne jedzenie, przy sporządzaniu którego również uczestniczyłem, bodajże mieszałem makaron w garnku:)

 

 

 Kaja i Kaczanoś

Mija dużo czasu aż w końcu słyszę głosy dobiegające z Ciasnych Kominów. Idą. Dobrze, że idą bo nie jest ciepło. Poczęstowani herbatą ruszamy do Wielkich Kominów. Jadę ostatni. Woda wali, ale dlaczego po mnie. Jest dno Wielkich Kominów. Do góry ruszam ostatni, deporęczuję. W miejscu gdzie woda wali najmocniej wypada mi pantin oraz stopka od płani. Nabieram wody, leje się równo, czuję jak płynie po ciele, myć się już nie będę musiał. Mokry, a nawet bardzo mokry ruszam dalej. Targam wór z linami. Kaskady, Szczekociny, coś tam jeszcze i jest rura. Trochę czołgania i czuć tchnienie świata. Na zewnątrz, na polu jest ciemno, ale ciepło. Przebieram się wyjątkowo, bo to co mam na sobie jest za mokre aby maszerować tak do samochodu. Ruszam jako ostatni. Jak zwykle idę w kasku na głowie. W pewnym momencie zaczepiam spodniami o korzeń. Siłą rozpędu lecę do przodu napędzany przez ciężki wór. Lecę głową w dół. Nogi lecą ostatnie. Na całe szczęście głową tonę w śniegu a nie walę w drzewo. Jestem cały, rechocząc uspakajając towarzystwo, nie jestem połamany. Dalszą drogę udało mi się pokonać bez żadnych dodatkowych rewelacji czy atrakcji. W Kirach następuje rozwiązanie zespołu, czułe krótkie pożegnanie i każdy rusza w swoją drogę.

 

 

 Sylwia w zacisku.

Było fajnie, wesoło no i mokro. Padło kilka nowych kawałów, niestety nie wszystkie zapamiętałem. W pewnym momencie zasygnalizowałem, że jestem ateistą na co kolega rzekł dzięki bogu. I tak dzięki bogu jestem ateistą.

 

Autor wypocin w jakimś zacisku.

 

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.