^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2014-02-07 Kasprowa Niżna

czwartek, 12 lutego 2015 16:12 FrytkaPunk


Szybko minęły trzy tygodnie od mojego ostatniego grotołażenia.

Trzy tygodnie to szmat czasu. Analizując ten czas z perspektywy grotołaza to jednoznacznie można stwierdzić, został zmitrężony, ani jednego treningu linowego, liny dalej nie wyprane, motanie węzłów zapominam, przepinki również. Ale na innych płaszczyznach mogę odnotować sukcesy więc kaca nie mam.

 

Chciałem się gdzieś wybrać, myślałem o Kasprowej Niżnej, bo dawno tam nie byłem i zdążyłem zapomnieć jak jaskinia wygląda. Przeczucie mi mówiło, abym nie szedł sam. Zresztą sprężu nie było na nic skomplikowanego czy bardziej wymagającego. Wyjście miało być lekkie aby się nie sponiewierać, nie czas teraz na to. I tak przeglądałem wpisy do jaskiń i zauważyłem że z SBB wybiera się grupa kursowa pod przewodnictwem dwóch Jurków. Pomyślałem, że może się dołączę, zresztą od Prymuli dawno nie słyszałem: Frytka, ty psie, ruszaj się, po prostu stęskniłem się. Wykonałem telefon i uzyskałem zgodę, że mogę iść, oczywiście, ale, no właśnie, bez żadnego ale. Profilaktycznie nie zamierzałem brać nic do gotowania na ciepło co zresztą spotkało się z dezaprobatą Prymuli, bo kursanci nie zdobyli kolejnego doświadczenia.

 

I tak w sobotę rano podjechałem pod Orła Białego gdzie przesiadłem się do samochodu starszego kolegi. Wpakowałem się do śpiwora i resztę drogi przespałem. Obudzony przed Kuźnicami raźno wyszedłem na pole. Temperatura mnie zaskoczyła. Byłem przygotowany na max -5 stopni, a było -14. Chłodno mi się zrobiło. Kursanci za żwawi nie byli, marzłem dodatkowo. Busem podjechaliśmy pod kolejkę, ale do jaskini maszerować musieliśmy na własnych nogach. Gdzieś w połowie drogi zrobiło mi się trochę cieplej. Przebieraliśmy się w jaskini, pośród hatifnatów (lodowych stalagmitów) przy akompaniamencie żartów i takich tak kursantów treli. Szedłem na samym końcu. Miałem za zadanie zbierać tych co się zgubią. Głupi pomysł, bo jak ja się zgubię, to kto mnie będzie szukał? I tak się fajnie szło przed siebie do momentu gdy drogę przegrodziła nam woda. I trzeba się było zanurzyć. Rozebrałem się do gołej skóry na dole, koszulki podciągnąłem do góry i poszedłem na bosaka. I gdy tak mi ciepło nie było, bo woda sięgała do pępka, to pomyślałem o pontonie w domu, o suchym kombinezonie za 1500 zł, o piance neoprenowej. Gdzie to jest, gdzie to jest, wypadało zaśpiewać za Dezerterem. Za mną szła podobno naga kursantka, podobno, bo sam tego nie widziałem, ale jej obawy, że cokolwiek jej się może stać ze strony mężczyzn rozwiałem jednym zdanie: po tej przygodzie w wodzie to wysikać się będziemy mieli problem, a co dopiero myśleć o kobietach, szkła powiększającego nikt nie ma, a na takim zimnie wszystko się kurczy.

Po przejściu wody nagle zrobiło mi się ciepło, ubrałem się i pomaszerowałem za grupą. Było kilka krótkich lin aż w końcu ukazał się syfon Danka. Byłem tam pierwszy raz, tak zdarzają się jeszcze momenty kiedy gdzieś w jaskini jestem po raz pierwszy. W drodze powrotnej nasz zespół został obciążony butlami nurków, które mieliśmy przetransportować na prośbę warszawiaków. Jurek zadecydował, że zaszczytną rolę targania butli dostąpią kursanci, co spotkało się z ogólnym, przychylnym przyjęciem grupy pozakursowej czyli mnie. Do moich obowiązków należało deporęczowanie. To, to jeszcze potrafię, więc wyraziłem zgodę. I tak butle ruszyły do otworu wraz z kursantami i nadzorującym Jurkiem. W asyście dwójki kursantów stanowiłem ariergardę całej grupy. W sumie to roboty nie miałem za wiele. Po dojściu do głównego ciągu Jurek zadecydował, że można zobaczyć jeszcze tzw. Zapałki. Mnie się tam nie udało dotrzeć, wróciłem do Sali Rycerskiej aby odparować. Po powrocie całej grupy dotarliśmy znowu do wody. Jako jedyny przekroczyłem wodę ponownie na golasa, ale za to majty miałem suche. A później przebrałem się w suche ciuchy przy otworze i wyskoczyłem na powierzchnię. A tam czekało na mnie słońce. Napawałem się jego dobrodziejstwem. W drodze powrotnej, a właściwie na jej starcie miałem przyjemność poznać rodzinę Pukusia. I gdy już ruszyliśmy do domu, ponownie zapakowałem się w śpiwór i zasnąłem. Podobają mi się takie wyjazdy, tanie, nie muszę kierować samochodem, nie wychodzę z jaskini sponiewierany, nie muszę prać lin, same korzyści, po prostu niewiele muszę. Wielkie dzięki grupie z SBB za możliwość spenetrowania jaskini na tzw. lajcie.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.