^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2015-08-01 Do Dziadka z Nad Kotlin

środa, 05 sierpnia 2015 07:00 FrytkaPunk


Niedziela, budzę się wcześnie, już po południu.

Krótki kurs anatomii. Wiem gdzie mam mięśnie. Wstawanie z łóżka nie jest czynnością prostą i szybką. Ale wstaję. I myślę, co będzie później jak już teraz mam takie tzw. zakwasy. Ale coś za coś. Nie wzięły się te zakwasy z nikąd. Mój polski rekord głębokości musi coś kosztować. A oto krótka historia przyczynowo-skutkowa.

Jeszcze w czerwcu zakomunikowałem kolegom, że po powrocie z wakacji 1 sierpnia idę do Nad Kotlin. Trzech kolegów w tym samym czasie dysponowało czasem wolnym i zebrała się nas czwórka. Trójka osób z kierunku Bielska, czyli Adam, Zbyszek i ja spała u Pani Krysi. O siódmej rano spotkaliśmy się z czwartym zawodnikiem, Sławkiem przy wylocie Doliny Małej Łąki. Ruszyliśmy szybko, a właściwie to koledzy ruszyli, a ja wlokłem się na końcu. Ładna pogoda sprzyjała melancholijnemu marszowi. Gdy koledzy odpoczywali, ja miałem tę ulotną chwilę kiedy mogłem wysforować się do przodu, na pierwsze miejsce. Pod otwór Wielkiej Śnieżnej doszedłem jeszcze w dobrym stanie.

Podejście do otworu Nad Kotlin wolałbym wymazać z pamięci. Dopiero w jaskini Adam przyznał się, że go głowa boli. A gdyby powiedział to na powierzchni, to ja pełen empatii dla innych na pewno pomógłbym mu się ewakuować do samochodu, a tak brnąłem w dół. Wszedłem jako przedostatni do jaskini. Koledzy coś tam motali przede mną. W miarę dobrym czasie osiągnęliśmy Wodociąg. Krótka przerwa na Suchym biwaku i idziemy w dół, do Dziadka. Prowadzę, bo podobno znam drogę. Drogę za sobą znaczę lekką nutą feromonów, które w kilku momentach pomogły kolegom wybrać właściwy korytarz. Aż dziw, że naleśników z serem może powstać tyle dwupierdzianu fasolki. Stajemy nad dnem Wielkiej Śnieżnej, zeszliśmy 754 metry w dół. Wykonaliśmy tę lżejszą cześć drogi. W sumie nie wiem po co. Nic się tam nie zmieniło od zeszłego roku.

Adam wykonał pamiątkowe zdjęcie, Zbyszek zrobił coś tam jeszcze i wracamy do otworu. Trzy tygodnie nic nie robienia zrobiły swoje. Przed Kruchą dwudziestką leżę na ziemi i marzę o tych naleśnikach, które są niby tak niedaleko ode mnie a jednak tak daleko. Zbieram się w sobie i docieram do naleśników. Mam energii niewiele, tyle aby dotrzeć do bigosu, który jest powyżej Obejścia Gliwickiego. W wodociągu widzę przed sobą daleko światełko. Czyżby nadszedł mój koniec? Bo mówią aby nie iść do światła. A przecież moja droga właśnie tamtędy biegnie. Idę. Mijam dwa zespoły, które weszły Śnieżną. Wchodzę na linę. Ruszam pierwszy bo bigos czeka. Docieram do niego, sporządzam herbatę. Koledzy mówią, że garnek jest tak ciepły, że pić nie mogą. A ja im tłumaczę, że w żołądku to wymiesza się z jego zawartością i już tak ciepłe nie będzie.

 

Ruszamy dalej, idę ostatni, bo pochodna bigosu może zabijać życie biologiczne w moim najbliższym otoczeniu. Idę powoli, krok za krokiem lub po linie ruch za ruchem. Ciągną się te liny niemiłosiernie. To nie mój dzień aby schodzić tak głęboko. Ale gdy mleko się rozlało nie pozostało nic innego jak wyjść. Jest zlotówka. Jeszcze tylko 90 metrów. Jeden z kolegów później mi mówił, że jak zobaczył złotówkę to bardzo się ucieszył, dawno nie był taki szczęśliwy. Na powierzchni wita mnie piękna noc, księżyc fantastycznie góruje nad Kopą Kondracką. Jest fantastycznie. Nie było mnie na polu niecałe 12 godzin a tak się wiele zmieniło. Nie ma słonka i stonki na horyzoncie. Ruszamy w dół. Czekam kiedy nogi odmówią mi posłuszeństwa. Jestem cholernie głodny. Ale o dziwo dochodzę do samochodu i ani razu gleby nie zaliczyłem. Jest pierwsza w nocy, ruszamy do domu. Po trzeciej melduję się w Bielsku. Jem, myję się i „umieram” w łóżku. A później jest to co na początku artykułu.

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.