^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2015-08-09-13 In Grigna

poniedziałek, 14 września 2015 07:01 FrytkaPunk


Minął już miesiąc z okładem jak wyjechałem do głębszej jaskini a artykułu nie ma.

Po pierwsze to w sumie nie ma o czym pisać, po drugie to za bardzo mi się nie chciało. Ale jak to wielokrotnie mówił kolega Prymula, tworzy się w ten sposób historię, i aby nie było w niej ubytków popełnię ten artykuł. Jeszcze jedna taka mała uwaga, nie wszystko pamiętam, czasu dużo upłynęło, więc mogę popełnić kilka ubytków w samej treści artykułu.

Był początek roku 2015 (ot taki długi wstęp). Planowałem aby w końcu zrealizować w jaskini niedokończone dzieło z poprzedniego roku. Zejść bardzo głęboko pod ziemię. Miałem już prawie wszystko ugadane, że wchodzę do jaskini na własnych warunkach a nie narzuconych przez dysponenta jaskini. Pozostała otwarta kwestia zespołu, która się nie domknęła, niestety. Musiałem zatem zrezygnować i poszukać jakiegoś skromniejszego zamiennika. Wybór padł na letni obóz InGrigna w północnych Włoszech. Namówiłem Prymulę i pojechaliśmy na kilka dni. Na parkingu we Włoszech czekał na nas Krzysiek. W trójkę z trudem (tzn. ja) wnieśliśmy cały nas sprzęt do obozu. Jechaliśmy z konkretnym planem, pomóc lewarować syfon na ~1200 metrów. Mieliśmy być drugim zespołem. Jednak wszystko się posypało. Alex uszkodził nogę, Włosi donieśli pompę (bardzo ciężką) i węże tylko do biwaku na -930 metrów. Nam nie pozostało nic innego jak rekreacyjny zejście do jaskini. Ponieważ moi koledzy nie przygotowali się na wejście do wody postanowiliśmy, że zejdziemy tylko na magiczna głębokość -1000 metrów. Ale zanim weszliśmy do jaskini półtorej dnia obijaliśmy się napowierzchni. Graliśmy w karty itd. Bardzo wesoło było. Miałem niewątpliwą okazję, przyjemność zapoznać się z kolejnymi osiągnięciami Prymuli w dziedzinie zwanej odlekczaniem. Gdy zobaczyłem okulary na gumce, bez uszu o mało co nie puściły mi zwieracze. Kolejnym krokiem odlekczania okularów będzie rezygnacja ze szkieł.

 

12 sierpnia rano doszliśmy do otworu Abisso Viva le Donne. Spotkał mnie wątpliwy zaszczyt prowadzenia naszej polskiej grupy. Tym razem mi się udało, nie zgubiłem się, nie pobłądziłem. Wszystko dzięki wieloletniemu doświadczeniu, to akurat jest ściema. Dotarłem do celu, bo miałem plany i przekroje, bo jaskinia jest prosta, bo wiatr mi sprzyjał i konstelacja gwiazd. Na biwaku na -930 zjedliśmy małe co nieco i poszliśmy niżej do Ramo de Cobra. Prowadziłem. Gdy doszliśmy tam gdzie mieliśmy dojść role się odwróciły i szedłem ostatni. I tak Krzysiek ponownie przekroczył -1000 w Viva le Donne, Prymula pierwszy raz a ja trzeci.

Po powrocie na biwak była wyżerka, wybredne i niewybredne żarty. Oczywiście był pokaz odlekczonej bielizny do jaskini zorganizowany przez Jurka. Spodnie od pidżamy w kwiaty na -930 robią wrażenie. Jurek jeszcze się nie ustosunkował do jednej mojej małej sugestii, że gdyby potraktował wybielaczem kolorowe kwiaty to spodnie byłyby lżejsze, wszak kolor waży na pewno więcej.

Pobudka nastąpiła rano, co niestety nie zostało zasygnalizowane wschodem słońca. Ale od czego jest wyobraźnia. Coś tam zjadłem i niestety poczułem nieodpartą chęć udania się w boczny ciąg jaskini Orione, która biwakowiczom służy za miejsce pochówku w glinie nieczystości zwany tudzież kałem a wśród frywolnej części ludzkości gównem. Wziąłem łopatkę i poszedłem tam aby wrócić odlekczony z masy oraz sił. Usiadłem i pomyślałem resztką sił, że mam przed sobą tysiąc metrów w pionie do pokonania, a sił starczy aby dowlec się do śpiwora. Wstrzymałem nasze wyjście o kilkadziesiąt minut i ruszyłem. Po kilku studniach sięgnąłem w zakamarki duszy, mega ciała i wykrzesałem energię, która pozwoliła mi w końcu przy dobrym czasie zobaczyć tego samego dnia słońce. Ale wcześniej była podstawa studni Boboja gdzie robi się pierwsza przerwę.

 Następny przystanek, to Utopia -399. A od Utopii aż do prawie po uścitę, czyli wyjście ciągną się liny. I to jest fajne, wpina się człowiek i wykonuje w kółko te same ruchy, przesuwa na przemian to płanietę to crolla. Co jakiś czas jest przerwa na przepinkę i tak bez końca. Prymula miał czas i zliczył, że od biwaku do otworu jest sto kilkadziesiąt odcinków linowych. I gdy tak się przesuwałem po linie to cieszyłem się z tych godzin spędzonych na ściankach, gdy małpowałem. Rutyna robi swoje, ruchy prawie same się wykonywały.

A gdy wyszedłem na zewnątrz, na pole położone wysoko w górach to radości nie było końca. Przy otworze znowu mieliśmy szczęście spotkać kulejącego Alexa. Wieczorem w schronisku fundnąłem sobie smaczne rawioli, pierogi z mięsem. Krzysztof jeszcze tego samego dnia udał się na dół, a my z Prymulą po pożegnaniu z gościnnymi Włochami oraz Polakami z Warszawy następnego dnia. Od parkingu do Polski mieliśmy ~1300 kilometrów, które udało się nam pokonać płynnie i bezpiecznie.

Koledzy Włosi w grudniu będą lewarować system aby zejść niżej. Zresztą sama Viva le Donne jest już głębsza. W ciągu kilku wyjść eksploracyjnych udało się Włochom znaleźć nowy otwór położony kilkadziesiąt metrów wyżej i dzisiaj Abisso Viva le Donne ma 1345 metrów głębokości.

 Podziękowania należą się Adami za użyczenie kamery. Dzięki niej są zdjecia i filmy.

 

 

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.