^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2016-02-27 Beskidzkie grotołażenie

poniedziałek, 29 lutego 2016 07:50 FrytkaPunk


Sobota. Dzień na który czeka się cały tydzień.

Kiedyś aby zrobić prywatkę jakiej nie przeżył nikt. Ja aby udać się do jaskini lub pojść na koncert. Zdażyła mi się sobota, kiedy znalazł się czas i na jaskinię i na koncert.

Rano ze Zbyszkiem zamiast ruszyć w Tatry wybraliśmy wariant krótszy, bo przyświecała nam myśl, że należy sie w ogóle gdzieś wybrać. Ruszyliśmy spod tzw. stodoły, czyli fishharmonnii u podstaw Dębowca. Marsz po zmrożonym śniegu stoku narciarskiego na szczęście nie przysparzał nam kłopotów. Było tylko zimno, ale na podejściu się rozgrzewaliśmy. Słonce świeciło ładnie, efektownie, z czasem coraz bardziej efektywnie. Za Szyndzielnią odbiliśmy na czarny szlak. Pomimo padającego śniegu w tygodniu był przetarty. Kłopoty zaczęły się dopiero po zejściu ze szlaku za Trzema Kopcami. Śnieg w dużych ilościach zaczął dostawać się do butów. Otwór Jaskini w Trzech Kopcach udało się nam znaleźć bardzo szybko. Na całe szczęście, bo inaczej skarpetki nadawałyby się wyłącznie do wykręcenia. W pełnym słońcu próbowałem złapać choć trochę witaminy D3, powoli się przebierając i prawie nie marznąć.

 

Zbyszek zanurza się pierwszy w otworze jaskinie. Dawno nie byłem w jaskini beskidzkiej bodajże nazywa się je również fliszowymi. Ale nie jestem pewien, nie jestem speleologiem tylko nieukiem grotołazem. Mini studnia zlotowa, zakręt w prawo i jesteśmy w salce z obaloną podłużną wanta. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych poprzedniego stulecia i tysiąclecia użyłbym pewnie sformułowania: podłużny, długi kamień. A jednak coś wyniosłem ze szkolenia, słowo wanta.

No i włóczyliśmy się trochę czasu po tych korytarzach będących zapewne efektem ruchu górotworu. Na ścianach licznie występowały włochate batinoksy. Były tam jakieś nocki małe oraz te z zarośniętymi plecami. Na koniec, jak prawie zawsze miałem problem z wyjściem, ale się w końcu udało wyjść, czego świadectwem mogą być te choćby wypociny.

Na powierzchni dalej królowało słońce. W kombinezonach, dla szpanu oczywiście, doszliśmy do szlaku i na ruinach przedwojennego schroniska przebieraliśmy się, niestety bez chóru wzdychających dziewic które widziałyby w nas dzielnych, niezwyciężonych i nieustraszonych mężczyzn. Tak więc nie było autografów, spotkań z pracownikami zakładów, wywiadów. Przełknąwszy tę trudną pigułkę braku popularności dokonaliśmy przeobrażenia w zwykłego turystę i obraliśmy kierunek powrotny. W okolicach Szyndzielni ruch turystyczny, oddolny oraz z kolejki był znaczny. Na częściach zboczy, gdzie różnica pomiędzy dwoma punktami była znaczna w wysokości w użyciu był wszelkiej maści sprzęt ślizgający. Nam wory również się przydały. Udało się nam zjechać trasą narciarską na Dębowcu. Krótkie wyjście naszego zespołu zakończyła herbata u Zbyszka, przy okazji której miałem możliwość poznać małżonkę oraz Juniora.

Jak wspomniałem na wstępie, dzień miał jeszcze w planie jedną atrakcję, ale o niej będzie można przeczytać w artykule zamieszczonym w innej sekcji. Tej poświęconej Punkrockowi. I jeszcze jedno słowo wyjaśnienia. Nie zostałem fejsbukowym grotołazem, na co mógłby wskazywać moja strona. Może mniej ale jednak trochę grotołażę. Tylko z pisaniną sprawozdań u mnie krucho. Niby sprawozdania powstają, ale nie dokończone, nie opatrzone zdjęciami wiszą gdzieś tam na serwerze oczekując na puentę i publikację. Napisanie i publikacja tego sprawozdania została niejako wymuszona relacją z koncertu, którą mam nadzieję popełnić.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.