^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2017-04-15 Czarna kolejny raz:) Alternatywny artykuł

W zimny sobotni poranek ruszam samotnie samochodem w Tatry. Nigdzie się nie śpieszę, nie jestem z nikim umówiony, a i do realizacji mam zadanie, które nie zajmie za wiele czasu, w sam aby zakosztować w minimum jaskini. Im bliżej Tatr tym robi się zimniej i wilgotniej. Niedaleko Kir wisząca w powietrzu wilgotność przeobraża się w intensywny deszcz. Przebieram się i ruszam, na całe szczęście deszcz mnie oszczędza. Ale nie na długo. Wyżnia Kira Miętusia w śniegu. W świeżym śniegu. Podejście do jaskini nie będzie przetarte. U podstawy Pisanej Polany deszcz częściowo zamienia się w śnieg. Przepycham się pomiędzy zaśnieżonym świerkami. Wali się ten mokry śnieg na mnie. Ble. Nabrzmiała wodą ziemia nie jest dobrym punktem podparcia do butów. Plus zalegający grubą warstwą śnieg. To musi się skończyć katastrofą. Kilka razy ląduje twarzą w śniegu. Trzymam się jednak wersji, że to ziemia podjechała do mojej twarzy. Idę pod górę, omijam połamane, leżące na ziemi drzewa. Chyba ich trochę przybyło. Kaptur na głowie zasłania mi świat. Chwilami jestem zdezorientowany. Nie trafię do Czarnej? W pewnym momencie zrzucam ciężki wór i idę na Lekko. Jestem na dobrej drodze, 10 metrów od miejsca gdzie się przebieramy, a nie mogę go poznać. Czy to przez ten śnieg, pokrzywione drzewa czy powalone drzewa. Nieważne, dotarłem. Cały jestem mokry. Przebieram się a tu dalej pada, deszcz i śnieg. Nie lubię tego białego gówna.

Przebrany i uzbrojony w to co niezbędne zaczynam poręczować zjazd. W końcu przestaje padać. Mam sufit (strop) nad głową, he, he, he. Jestem na dnie zlotówki, przede mną korytarz w dół. Idę powoli. Mam ciężki wór wypełniony sprzętem fotograficznym i liną. Po kilku minutach spokojnego marszu jest przede mną Prożek Rabka. Robię zdjęcia i kręcę film. Dla potrzeb „sztuki” tyle razy wspiąłem się na ten próg, że znam go chyba na pamięć. Kolejny cel to dwie następne duże sale. Tu jest gorzej ze sztuką. Potrzeba więcej światła. Efektu objętości Sali nie daje nawet przechodząca trzyosobowa grupa idąca na trawers. Wychodzi wszystko takie płaskie, a na pewno niedoświetlone. Trzy moje „kostki” to za mało.

Wracam do Sali Hanki i Ewy, czas na jedzenie. Jest herbata i fasolka po bretońsku. Przy okazji powstaje kilka zdjęć. Wdzięczny jestem Nikonowi za funkcję interwału. Nastawia się takową i aparat pstryka. Sam, trudne do uwierzenia ale tak jest. Najedzony zmierzam do wyjścia. Na powierzchni już nie leje. Nie przebieram się. Wiem co będzie. Będzie jazda w śniegu i błocie. Nawet kasku nie ściągam. Kto wie ile drzew zaliczę. Wór jest zdecydowanie cięższy niż rano. Ciekawe ile wody niosę w namokniętych ciuchach i linach? Idę i jadę na dół. Wór nie pomaga. W końcu jest dolina. Nie pasuję do towarzystwa. Taki brudny, może nawet i śmierdzący. I nie mam na sobie żadnego modnego paska, znaczka czy innego emblematu świadczącego o statusie właściciela w hierarchii społecznej. Jak zwykle nigdzie nie pasuję, ale gówno mnie to obchodzi. Robię to co lubię, a grotołażenie na pewno do tego się zalicza.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.