^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2017-11-12 Dłuższy weekend w Tatrach

Dzień wcześniej Adam zaproponował, a może w niedzielę pójdziemy na trawers Czarnej. A mnie się tak nic nie chciało. Kompletnie nic. Jesień, brak witaminy D3, tumiwisizm, nie wiem, ale nie miałem parcia na wyjście następnego dnia do jaskini. Zacząłem siać defetyzm, a bo to śnieg pada, a to że jest zimno, a bo to trzeba wcześniej wstać, a bo to coś tam. Z tego siewu nic nie wyrosło. Adam był niewzruszony. Słaba z niego gleba, nie żywodajna.

U Pani Krysi wyszło, że na trawers Czarnej wybiera się czteroosobowa grupa z TKTJ. Że też startują o 7 rano. Że jak 2+2=4, to może być zator na zlotówce. Że będzie znowu zimno, że zmarzną mi paluszki, bim bom. Koledzy jednak zasugerowali, że skoro będzie nas dwóch, to mamy iść pierwsi (w pierwszej wersji pisanej wyszły mi piersi). Aby jednak wejść pierwsi, aby koledzy nie musieli przez nas czekać i też marznąć  potrzebna była przewaga strategiczna (czasowa). Wstaliśmy rano, śnie padał, defetyzm ponownie nie zadziałał. Musiałem iść coś zjeść i się spakować. Ciuchy wyschły, więc pod górę miało być lżej. I tak też było. Pożegnaliśmy się z Mają w Kirach i we dwójkę, dreptaliśmy Doliną Kościeliską.

Przy Polanie pisanej spotkaliśmy jakże zacnych członków KKTJ z którymi pogawędziliśmy trochę. Na podejściu śnieg na całe szczęście upierdliwy nie był. Doszliśmy do przebieralni, niestety dalej bez dachu i ogrzewania, bez wygodnych ławek i pryszniców. Popatrzyłem się w dół i bach, cała przewaga strategiczna w łeb wzięła,  nie pomogło ani wyłącznie budzików kolegom z TKTJ, ani przedziurawienie wszystkich pięciu opon, ani nawet związanie liną Tendon fi 9 mm dzioba kogutach by nie piał, koledzy deptali nam po piętach. Szybkie przebranie, mało czasu na miłe słówka i wchodzimy do Czarnej. Adaś poręczuje liną kolegów. Zjeżdżam zaraz za nim. Idziemy już dalej sami. Wkoło ciemność, odgłos spadających kropel wody i na początku odczuwalne ciepło. Rozgrzewam dłonie. Prożek Rabka, kilka sal, jakiś trawers, komin do góry. Generalnie mam czas przypomnieć sobie i utrwalić półwyblinkę, taki węzeł, bo tak mi się nic nie chce, że Adam musi prawie wszystko pokonać, będąc przeze mnie asekurowanym. Później, kilka przeszkód terenowych dalej pozwalamy sobie na krótką przerwę. Coś tam jemy i ruszamy dalej.

Przed nami Przewieszona Wanta. Taka niby prosta przeszkoda. Przypominam Adamowi jak kiedyś pokonywał. Dla niego to bułka z dżemem. A ja się tej przeszkody zawsze boję, szczególnie jak idę sam. Bo jak grawitacja zadziała, to mogę się na dole nie pozbierać. Tak mi się nic nie chce, że nie udaje mi się pokonać tej przeszkody. Ze względu na ograniczenia w rozkroku, nie mogę jej pokonać jak Adam, musi mi zrzucić linę. Następnym razem jak pójdę na samotny trawers to muszę wziąć młotek i majzel, uszczknę trochę ściany i będzie fajny stopień dla stopy. Jeszcze jakiś prożek, jakiś zjazd i ostatni prożek do góry. Jesteśmy na powierzchni. Jeszcze jest widno.

Dziękuję bardzo Adamowi, że dokonał w pewnym sensie gwałtu na mojej woli i że wylądowaliśmy w jaskini. Przecież ja to tak bardzo lubię, jak jest ciemno, zimno, mokro, ciężko i generalnie do dupy. Do następnego razu, he, he, he.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.