^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2018-03-30-31 Zimą do Wielkiej Litworowej

Nadrabiając zaległości popełniam kolejny artykuł, sprawozdanie, tym razem z takich na pohybel głupocie i z szacunkiem do szczęścia.

Przez cały tydzień oglądałem prognozy pogody, stopnie zagrożenia lawinowego. Z tego wszystkiego wyłaniał się następujący, optymistyczny obraz, w piątek 30 marca mogę iść do Wielkiej Litworowej, brak nowego śniegu, stary związany z podłożem, lawinowa 1, czyli mogę iść w końcu do głębszej jaskini, będą liny, będzie bardziej pionowy ruch niż przemieszczanie się w poziomie. Poszedłem z myślą, że spędzę w jaskini dwa dni.20180330litworowa01

20180330litworowa02

20180330litworowa03

Niebieski szlak na Małołączniak wyłącznie mój. Nie ma nawet śladów w Kobylarzu. Śniegu jest bardzo dużo. Raki i czekan w użyciu. Na grzbiecie włączam GPS aby do otworu zejść w linii prostej, aby do minimum zmniejszyć zagrożenie lawinowe, nie zamierzam sprawdzać czy pokrywa jest stabilna w źlebach. Udaje mi się trochę z duszą na ramieniu dojść do otworu. Okolica w zupełności nie przypomina tej z lata. Jest prawie pionowa ściana, z trudem ubieram uprząż, szukam choćby jednego punktu i zjeżdżam na dół. Poniżej zlotówki przebieram się i wyruszam w głąb jaskini. Jednak strach z ruchem po śniegu mnie nie opuszcza. Dochodzę do biwaku, rozkładam klamoty, jem i postanawiam pójść spać, oszczędzać siły, bo rano na powierzchni to może być różnie.

20180330litworowa04

W nocy coś się zmienia, ruch wiatru w jaskini, robi się zimniej. Niby nie dostrzegalnie, ale jednak receptory temperatury na ciele reagują, muszę głębiej schować się w pierdziworku i ogrzewać się oddechem. W sumie dobrze, że tak robię bo włochate batinoksy latają jak głupie, ćwierkają mi nad głową, bezpośrednio, co nie jest do końca tak miłe gdy się śpi. Nie wiem czym im się jawię w tej ciemności, co wyświetla im się na tej echolokacji, bo w pierdziworku może jestem dla nich jakąś zjadliwą larwą albo innym owadem godnym wpierdzielenia.

Rano, jak zwykle zaczynam od antyoblukcji, czyli nie myję się, nie czeszę, nie odświeżam się, zgodnie z zasadą, że mężczyźni w przeciwieństwie do kobiet nie muszą się często myć, bo nie śmierdzą. Jem śniadanko, pakuję się i ruszam do góry. Woda z góry leje się intensywniej, czyli na górze chyba jest cieplej. Nad I pięćdziesiątką wali już śniegiem. Niedobrze myślę, przecież jeszcze są trzy liny do góry. Słyszę silne porywy wiatru. Stoję pod zlotówką a tu śnieg wali w dół miotany silnym wiatrem.

20180330litworowa05

Na górze nie jest wesoło, trzeba ratować swoją chudą dupę, postanawiam zostawić cały sprzęt, ubieram się na gotowo włącznie z rakami, zabieram niezbędne rzeczy i wychodzę na linie na powierzchnię. A tam chyba halny szaleje, wali śnieg, widoczność bardzo ograniczona i to co najgorsze jest ciepło, śnieg się topi i jeszcze go przybywa. Jestem trochę zaskoczony, bo nie taka pogoda miała być. Ot figiel, psota, ale dlaczego moim kosztem. Włączam GPS i wspinam się wprost w górę. Śnieg się nie trzyma podłoża, wiatr próbuje oderwać mnie od ściany. Nie wiem ile to trwało, ale doszedłem do grzbietu, chęć przeżycia zagłuszyła strach, mówię sobie idź Frytka i myśl, jak się uratować z tego szamba do którego sam wszedłeś. I nikomu ni zawracaj głowy. O chwała GPS, bo w tej mgle mój instynkt pewnie zniósł by mnie na manowce, a tak prowadzi mnie on jak za rękę. Wiatr wieje, że ho, ho, ho. Parę razy kurczowo przyklejam się do śniegu, czuję, jak pomimo wbitego czekana i raków unoszę się kilka centymetrów nad śniegiem. Jest w końcu Kobylarz, trafiam w niego i zaczynam schodzić. Myślę, czy nie iść bokiem, nawet delikatnie grzbietem aby nie spowodować lawin. Zastanawiam się czy to szczęście, które mi towarzyszy od urodzenia, kiedy to pojawiłem się na tym świecie w czepku na głowie, dzisiaj osiągnie minimum, się wyczerpie? Jednak mnie nie opuściło. Cały Kobylarzowy Źleb jest zryty lawinami. Samoistnie zeszły wcześniej, przed chwilą, przed godziną. Nie ma to znaczenia, ważne że zeszły, większe jest prawdopodobieństwo, że może mi się uda zejść na nogach na dół. W Kobylarzu wiatr się jeszcze wzmaga, wysokie ściany skupiają wiatr jak soczewka słońce. Targa mną jak świerkiem w TPN, ale ja się wyrwać nie daję. A może to szczęście mną kieruję i lgnę do śniegu jak do czegoś miłego, co daje pewną stabilizację.

20180330litworowa06

20180330litworowa07

20180330litworowa08

20180330litworowa09

Dochodzę na Przysłop Miętusi, a tam inny świat. Ludzie lekko poubierani, słonko świeci, nie ma wiatru i tylko dziwnie patrzą się na mnie, niosącego raki, czekan, kask i uprząż w dłoniach.

Morał z tego wyjścia płynie taki, nie wchodź na śnieg u góry gdy śpią świstaki. A tak na poważnie, uprząż jakby kogoś przyparło na wejście to najlepiej ubierać już na szlaku a nie przy otworze. I po takich doświadczeniach, proszę można mi uwierzyć, na świat patrzy się jak nowo narodzony.

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.