^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2018-08-11 do 19 Viva Le Donne

Trochę mnie poniosło, w przenośni i dosłownie. Pojechałem do Włoch sam, na letni obóz InGrigna 2018, by wraz z Alexem zejść dość głęboko. Tym, którzy nie czytali moich wcześniejszych wypocin dotyczących wyjazdów do jaskiń włoskich pragnę przybliżyć postać Alexa. Otóż jest to mieszkaniec malowniczego małego miasteczka w Lombardii, Romano di Lombardia, który jest według  nie tylko mojej wiedzy bardzo dobrym grotołazem, eksploratorem, z wieloma innymi zaletami, dla mnie jednak najważniejszą, że nigdy nie widzi przeszkód abym mu towarzyszył w akcjach pod ziemią. I tak z Alexem już kilka razy przekroczyłem dla mnie magiczną liczbę -1000 metrów w Abisso Viva le Donne, raz byliśmy blisko tej liczby w Abisso Draghi Volanti (ta jaskinia nie ma jeszcze chyba -1000). I tym razem nie było inaczej, mogłem iść razem z nim na dno Viva Le Donne.

201808ingrigna01

Do Włoch jechałem 15 godzin, przez Szwajcarię, aby było taniej. Droga pomimo ostatnich 300 kilometrów bez autostrad minęła w podobnym czasie jakbym jechał po włoskich autostradach. Nie zmęczony zaparkowałem na znajomym parkingu. A że było już późno, rozłożyłem śpiwór koło samochodu i tak przespałem noc. Rano udałem się do góry, do schroniska Rifugio Bogani, znanym mi szlakiem. Po drodze jak zwykle były kozy, świnie, krowy i konie. Z mleka niektórych zwierząt powstają sery, którymi można raczyć się w schronisku za stosowną opłatą.

201808ingrigna02

Żałowałem, że nie miałem pod ręką kamery, aby uwiecznić wyłaniające się spoza kamieni niespodziewanie łby kóz, które swym wyglądem przypominają widziane za dziecka obrazki z diabłem, mają w sobie dużo tego czegoś diabolicznego, co mogłoby napędzić stracha osobie niespodziewającej się takiego stworzenia na szlaku późnym wieczorem lub we mgle. Ale odejdźmy od przypuszczeń i chodźmy do schroniska, bo pić się bardzo chciało tego dnia, parno było, duszno, koszulka do ciała się kleiła okropnie. W schronisku oprócz obsługi nie było nikogo znajomego. Na ulubione ravioli (pierogi z mięsem) musiałem trochę poczekać. Czas oczekiwania na Alexa spędziłem na słuchaniu mowy otaczających mnie Włochów, oczywiście, nic nie rozumiałem, ale i tak słuchałem. Alex dotarł po kilku godzinach, musieliśmy zejść na dół, na parking, który jest już płatny. Za wycieraczką znalazłem kartkę, słono mnie kosztował ten parking, no cóż, nie zawsze jest oszczędnie.

201808ingrigna03

Pomogłem Alexowi wynieść na górę jeden wór ze sprzętem. Pozostałą cześć dnia spędziłem na obijaniu się, próbach dogadania się z Włochami. Kolacja w schronisku jak zwykle była przepyszna i sycąca. Najadłem się bardzo. Spałem na samej górze schroniska w wieloosobowej sali. Rano było śniadanie, a dokładnie włoskie śniadanie, które jak zwykle nie przypominało naszego. Ten dżem, to mógłby być dodatkiem do śniadania a nie jego głównym daniem. Na szczęście miałem na podorędziu pasztet i nie wyszedłem głodny na szlak w kierunku jaskini. Szło nas sześcioro.

201808ingrigna04

201808ingrigna05

201808ingrigna06

201808ingrigna07

201808ingrigna08

201808ingrigna09

201808ingrigna10

201808ingrigna11

Trzy osoby wraz ze mną miały iść na eksplorację, a pozostałe osoby przypuszczałem, że idą na -300, na dno Utopii, jak to zwykle ma miejsce. Patrzę się a oni idą razem z nami na biwak na -930. Idziemy wolno, marznę, raz mniej raz więcej. W tak dużym towarzystwie jeszcze nigdy tam nie byłem na biwaku. Martwiłem się, czy się pomieścimy, ale biwak został przeorganizowany na plus, dobrze doposażony, prawie luksus. Po odpaleniu palników w namiocie było w miarę ciepło, a na pewno było wesoło. Co prawda nie wiem o czym mówili, ale wesołość Włochów udzielała się i mnie.

201808ingrigna14

201808ingrigna15

 

Według planu Alexa weszliśmy do jaskini na 6 dni. Mieliśmy lewarować syfon na dnie, iść dalej, Alex miał nawet nurkować. Jednak jak zrozumiałem, chyba był za duży poziom wody i Alex zmienił plany.

Następnego dnia  pożegnaliśmy trójkę przyjaciół, która udała się do góry, a my po przebraniu w suche kombinezony poszliśmy w dół. Naszym celem był biwak na -1100. Po drodze był Puciowski i Pseudo syfon, ciągi wodne. Z worem robienie tego odcinka nie należy do przyjemności, ale musiałem to zrobić. Na biwaku, krótki odpoczynek i idziemy do niedawno wyeksplorowanych ciągów i Sali nazwanej Salonem Viva le Donne. Trochę było w dół, trochę w górę, jeden trochę upierdliwy zacisk i byliśmy u celu. Tam Alex z Dzaluką przygotowali sprzęt i po zawieszonych już linach poszli do okien gdzieś tam wysoko na ścianie, aby dalej eksplorować kominy. Doszedłem do nich, ale gdy podyndałem pół godziny i zacząłem marznąc zjechałem na dół i spróbowałem uwiecznić na filmie ciekawe formy błotne, których jeszcze nie tknął człowiek. I gdy tak stałem przez chwilę w jednym miejscu nie zorientowałem się od razu, że zapadam się w błocie. Próba zrobienia  kroku kosztowała mnie utratę gumowca. Pół godziny zajęło mi uwolnienie się od błota, wyjęcie dwóch gumowców i rękawiczek. W pewnym momencie myślałem, że będę wołał pomocy, bo sam się nie uwolnię.  Uff, udało się, przy okazji zrobiło mi się ciepło. Następne kroki stawiałem już ostrożniej. Po kilku godzinach, eksplorację Alex zakończył, komin dalej się nie rozwijał, wszędzie było błoto, które niezbyt pewne było. Wróciliśmy na biwak. Cały byłem mokry, od własnego potu. Kilka godzin zajęło suszenie ciuchów na ciele, na szczęście palnik grzał i można jakoś było wytrzymać w namiocie.

Ale niestety przyszły skurcze mięśni. Pierwsze pojawiły się dzień wcześniej, drugiego dnia już nie było hi hi. Magnez nie działał, albo było go za mało. Skurcze wykluczyły mnie z akcji następnego dnia do tej samej sali. Chłopaki eksplorowali kolejne okno, ale również bez większych sukcesów, komin kończył się ciasnotą wypełnioną błotem. Po ich powrocie na biwak, zaczęliśmy powolny marsz do biwaku na -930. Z tego odcinka to pamiętam skurcze i to, że musiałem nabrać powietrza i się zanurzyć cały aby przebyć jeden odcinek zalany wodą. Kilkadziesiąt metrów przed biwakiem jest szczelina, na dnie pokryta błotem, w której raz się zjeżdża, a raz należy się czołgać pod górę. Miałem już tylko gdzieś dziesięć metrów do biwaku, gdy skurcz w klatce piersiowej zablokował mój dalszy marsz a właściwie czołganie pod górę. Leżałem i nic nie mogłem zrobić. Dzaluka wziął mój wór ale nic mi to nie  pomogło. Po dwudziestu minutach udało mi się doczołgać do biwaku. Zrzuciłem z siebie suchy kombinezon. A że wcześniej leżałem przez dłuższy czas, to wyziębłem okropnie. Palce mi zsiniały, telepałem się z zimna, a tymczasem z namiotu dobiegały mnie brzydkie słowa rzucane przez Alexa, palnik nie chciał odpalić. No to nie będzie wesoło pomyślałem. Co prawda, miałem komplet bielizny na zmianę, ale myśl, że mam jutro nieść 1000 metrów do góry dodatkowe kilogramy w postaci wody na mokrych ciuchach wybiła mi z głowy chęć przebrania. I telepałem się z zimna, bałem się, że się rozpadnę, a woda tymczasem powoli parowała z moich ubrań. Alex odpalił zapasowy palnik gazowy, ale gaz nie ma takiej samej kaloryczności jak benzyna. Po wielu próbach palnik benzynowy zadziałał, pomyślałem, jesteśmy uratowani.

Następnego dnia, czwartego mieliśmy iść do góry, 1000 metrów po linach, więc postanowiłem zwiększyć dawkę magnezu, bo inaczej ze skurczami sobie nie  poradzę. To był dobry pomysł, następnego dnia skurczy nie było.

Rano zjadłem kolejną porcję liofilizatów firmy Lyofood, już niestety trochę z mniejszym entuzjazmem, dobiłem kromką z pasztetem i poszliśmy do góry. Na nodze miałem swojego najlepszego przyjaciela na linie, przyrząd pomocniczy tym razem firmy CT z blokadą. Bez niego wyjście 1000 metrów na linie to byłaby jakaś masakra, która trwałaby pewnie ze trzy dni jak nie więcej. Moi dwaj koledzy szli bez takiego udogodnienia. Podziwiam ich za to. Nie wiem jak oni to robią, że chodzą tylko na dwóch przyrządach, dają rady, i robią to w bardzo dobrym czasie. Szliśmy pod górę, Lina za liną. Krótka przerwa była przy Baboi na -550. Zjadłem kromkę chleba, a że cholernie zimno było ubrałem primalowta i poszedłem dalej, lina za liną. Cieplej dopiero zrobiło mi się 150 metrów wyżej. Minąłem Meander chyba wiatrów, później było Utopia, czyli gdzieś -330. Cały czas szliśmy pod górę. Chwilami czekałem na wolną linę, marzłem. Lina za liną, przepinka za przepinką. Poprzednio jak tam byłem, Prymula liczył przepinki, i od biwaku wyszło mu, że jest ich ponad 110. Ostatni meander, trochę czołgania i zlotówka. Pod złotówką jest mój wór, w nim jest zimna coca-cola, ach jak ona będzie smakować na powierzchni. Wychodzę na powierzchnię, zrzucam wory, uprząż, sprzęt, spoglądam na zegarek, czas wyjścia poniżej 8 godzin, dobry czas. Alex mówi, że jestem grandfather speed. Sięgam do wora po coca-colę, z głodu chce mi się wymiotować, coca-cola może mi pomóc. Puszka jednak jest pusta, pękła, przedziurawiła się, zostały dwa łyki, dopadło mnie nieszczęście, he, he, he.  Ruszamy do schroniska, gdzie czeka na nas kolacja, tym razem niej wykwintna, na zimno, ale jednak jest to jedzenie. Gdy proszę o herbatę, ciepłą, słyszę żartobliwe narzekanie, ze Polacy to tylko herbatę piją.

201808ingrigna23

201808ingrigna25

Śpię ponownie w schronisku, rano jem włoskie śniadanie, nie wiem skąd wezmę siły aby zejść na dół. Odprowadza mnie kilka osób, włącznie z Aleksem. Padł pomysł, aby zjechać na dół i iść na lody. Udało się znaleźć miejsca parkingowe ale lodów niestety nie. Przychodzi w końcu taki czas, że muszę się pożegnać z nimi, z bardzo sympatycznymi ludźmi i ruszyć do domu, a przede mną 1130 kilometrów. Ruszam, by z trzema krótki przerwami dotrzeć do domu o czwartej nad ranem. Tak zakończyła się moja kolejna przygoda we włoskiej jaskini, kolejny raz byłem poniżej -1000, dokładnie to gdzieś poniżej -1100. Kolejny raz się udało. Wyjazdowi mógłbym nadać następujący tytuł: Fredo, molto fredo, czyli Zimno, bardzo zimno przez cztery sierpniowe dni.

201808ingrigna24

201808ingrigna12201808ingrigna13

201808ingrigna16

 

201808ingrigna17

201808ingrigna18 

 201808ingrigna19

 

 201808ingrigna20

 201808ingrigna21

201808ingrigna22

201808ingrigna26

201808ingrigna27

201808ingrigna28

201808ingrigna29

201808ingrigna30

201808ingrigna31

 201808ingrigna32

 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.