^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

Moje 10 lat w jaskiniach

Bez fanfar, bez szumu, bez wywiadów, spotkań w zakładach pracy, bez autografów, stuknęło mi 10 lat aktywnie spędzonych w jaskiniach i na ich orbicie. W 2008 roku, jako 37-latek zacząłem spełniać jedno ze swoich marzeń, aby zostać grotołazem. Nie wiedziałem wtedy, że realizacja marzenia wywróci mój świat, na pozytywnie, że tak się zachłysnę tym światem, że znaczna część mojego życia zostanie jaskiniom podporządkowana. Nie przypuszczałem, że dla jaskiń będę wstanie zrezygnować z wielu rzeczy czy osób. Nie sądziłem, wtedy 10 lat temu, że jaskinie staną się moją wielką pasją, a śmiałbym powiedzieć, że nawet uzależnieniem. Tak, jestem tak nakręcony na jaskinie, że zdarzało mi się słyszeć pod swoim adresem, że jestem egoistą, hedonistą i coś tam jeszcze. I nie zamierzam walczyć z tą opinią. Pasja jest pasją. Bez pasji może byłbym nikim. Może pędziłbym żywot przeciętnego człowieka, praca, dom, zasrany telewizor, w sobotę czy niedzielę grill, piwko, wódka, bezsensowne celebrowanie urodzin, imienin, wesel czy innych z mojego punktu imprez, które mnie obchodzą jak zeszłoroczny śnieg. Zamiast jałowego siedzenia wolałem i wolę iść do jaskini. Bo tam jest świat, który mnie pociąga. Jakbym mógł, wchodziłbym do jaskini co tydzień, a najlepiej żeby wolne było w każdą środę, wtedy jeszcze częściej mógłbym grotołazić. Bo planów jaskiniowych jest bardzo dużo. Pewnie wszystkich nie zrealizuję. Bo czasu nie starcza, bo kondycja już nie ta co kiedyś, bo nie zawsze mogę iść sam a towarzystwa nie ma. A gdy do tego dołoży się niekorzystną pogodę, to statystyka dramatycznie spada. Nie ma już teraz sytuacji, że siedem pod rząd weekendów spędziłem w jaskiniach. Niestety. Ale najważniejsze, że na duchu nie upadam. Jeszcze nie ma napisu KONIEC.

2018123110lat01

2018123110lat02 2018123110lat03

 2018123110lat04

2018123110lat07

 

Kilkakrotnie słyszałem pytanie, dlaczego tak często udaję się do jaskini? Odpowiedź jest prozaiczna, późno zacząłem, więc muszę nadgonić stracony czas. Na dodatek nigdy nie wiem jak długo będę mógł chodzić po jaskiniach z powodu stanu zdrowia. Gdy zaczynałem przygodę z jaskiniami miałem jedną przewlekłą chorobę, wrzodziejące zapalenie jelita grubego, czyli niekiedy wielki problem z końcówką układu pokarmowego i wydechowego oraz ciągłe nieprawidłowe przyswajanie jedzenia, czyli nie wszystko co włożę do siebie przekłada się na energię i siłę. Po kilku latach doszło kolejne dziadostwo: poposiłkowa hipoglikemia reaktywna, czyli nie mogę spożywać cukru gdy inni zjadają batoniki energetyczny, gdy się futrują czekoladą i pochodnymi, ja mogę co najwyżej patrzeć jak żrą słodycze, zjeść bułkę z wędliną, co nie jest często takie proste w jaskini. I tak żyję w obawie, że może się coś jeszcze gorszego przyplątać, a lekarze mówią, że z tym co już teraz mam nie mogę iść do jaskini.

Dziesięć lat temu poszedłem na kurs taternictwa jaskiniowego organizowanym przez Speleoklub Bielsko-Biała. Lata, lata temu, gdy miałem 17 lat podjąłem pierwszą próbę zapisania się na kurs, ale wtedy Rodzice mi nie pozwolili, nie byłem pełnoletni, a później pojawiły się kobiety w moim życiu, córka i marzenie musiało odejść na dalszy plan. W latach 80-tych poprzedniego wieku kilka razy byłem w jaskiniach, gdzie nie potrzeba było korzystać ze sprzętu, lin, karabinków itd. Wtedy to było dla mnie nieosiągalne, ceny były kosmiczne, przypominam, że to był czas PRL-u.

 

2008 roku przez przypadek poszedłem na kurs, gwiazdy mi sprzyjały, wiatr wiał we właściwą stronę. Rozpocząłem kurs. Byłem (i nadal jestem) odporny na wiedzę. Jakoś udało mi się skończyć kurs. Dobrze, że nie było ocen. Bo znajomość tematu, węzłów nigdy u mnie nie stała na wysokim poziomie. Czy ktoś pamięta motane przeze mnie węzły: ćwierć wyblinka, śmierć wyblinka czy skrajny rozpaczliwy? A moje pytania, gdzie jest ten punkt? Na spągu. Gdzie? Kurna, na podłodze. Było tego sporo, i jest do teraz. Udaje mi się wejść i wyjść z jaskini. To jest mój wielki sukces. Bywały takie chwile, że suma wyjść mogła się nie równać sumie wejść, ale szczęście mi dopisało, gdy zabrakło rozumu czy wiedzy.

Od 2009 roku wraz z kolegami próbowaliśmy swoich sił jako taternicy jaskiniowi. Początki były trudne, ale było bardzo wesoło. Z czasem, gdy że tak napiszę, zostałem sam na polu boju, bo kolegów poubywało, musiałem pewnych rzeczy się nauczyć. Zacząłem czytać plany, przekroje i szkice techniczne. Byłem trochę z siebie dumny gdy nie zgubiłem się w Bańdziochu Kominiarskim, gdy szedłem w miejsca gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Zdarzało mi się iść w nieznane w grupie lub samemu. Trochę się rozwijam, bo muszę. Bo gdy jestem tam sam to nikt mi nie pomoże. Gdzieś w 2014 roku odkryłem, poniekąd z konieczności, że samotnie można się udać do jaskini. Wiem, nie jest to mądre, zgadza się. Może być tak, że przyjdzie taki moment, że nikt mi nie pomoże, a po godzinie alarmowej pomoc może być już spóźnione. Jest takie ryzyko. Ale uzależnienie jest mocniejsze. Gdybym nie chciał iść sam do jaskini, to z ponad dwustu wyjść do jaskini, ponad dwadzieścia nie miałoby miejsca. Tak, jest to problemem, zebrać ekipę. Od kilku lat, niekiedy dołączają się do mnie inne osoby, z różnych klubów. Niektórym zdarza się pójść ze mną nawet kilka razy. Ja jestem otwarty na nowe osoby. Chociaż z tego co dostrzegłem w ciągu tych 10 lat, większość ludzi chodzi w swoich zgranych zespołach, lub w ramach jednego klubu. Osób z którymi miałem przyjemność pójść razem do jaskini jest bardzo wiele. Pewnie nie jestem wstanie ich wszystkich wymienić. Ale na pewno z tych co chodzą jeszcze po jaskiniach na upamiętnienie zasługuje Kaja, moja partnerka jaskiniowa, Prymula, Sławek, Adam i znowu pojawił się Chomik.

Od wielu lat jak mantrę powtarzam, że jaskinie mają być dla mnie źródłem przyjemności, a nie kłótni, swarów i innego gówna. A jak wszędzie różnie to z ludźmi bywa. Bywało nawet nerwowo, ale nie w jaskiniach, tylko w świecie koło nich. Czy ja byłem swarów przyczyną czy może ktoś inny, nie będę tego rozpamiętywał. W bądź razie płacę składki członkowskie, teraz do KKTJ, a wcześniej do SBB, ale w klubie nie bywam. Nie tylko dlatego, że do Krakowa mam 90 kilometrów, ale pomny wcześniejszych doświadczeń staram się spotykać z ludźmi z tzw. środowiska jaskiniowego których lubię, z którymi miło czas się spędza, którzy mam nadzieję, że mnie lubią. A cały ten pozostały niepotrzebny szum, kto ma rację, tytułomanię, permanentną głupotę omijam z daleka. I jest mi z tym dobrze. A jest wiele rzeczy, które mnie osobiście w świecie jaskiń denerwują. Na chyba pierwszym miejscu jest niemożliwość wejścia do fajnych jaskiń w Tatrach. Na pytania dlaczego słyszę bo nie. I koniec dyskusji. No i chodzi się niekiedy nielegalnie do jaskiń, choćby po to aby otwory nie zarosły:) Kolejną sprawą są liny. W Polsce uprawia się martyrologię jaskiniową, czyli noszenie lin za każdym razem do jaskini. I tak np. idą trzy zespoły do Wielkiej Śnieżnej, i każdy niesie po 250 metrów lin i rozwiesza te sznurki, a potem je zbiera. Za tydzień idą ponownie do Wielkiej Śnieżnej i znowu je niosą z Małej Łąki 700 metrów do góry. Za tydzień znowu to samo. I tak się uprawia martyrologię targając w tam i z powrotem liny. Jakby nie miał człowiek nic przyjemniejszego do roboty. Mam swój pomysł jak to rozwiązać, może za jakiś czas go opiszę. I chyba nie mam więcej zastrzeżeń, o których bym sobie teraz przypominał.

Gdy zaczynałem kurs, miałem mało sił. Problemu z jelitami próbowałem zrównoważyć zjedzeniem posiłku na ciepło. W jaskini, szczególnie na kursie było to prawie niemożliwe, aby coś odgrzać na palniku. Wpadłem na pomysł i zacząłem nosić zupy w termosie. Później, gdy otrzymałem Kartę Taternika Jaskiniowego zacząłem nosić ze sobą butlę z gazem i odgrzewać jedzenie, sporządzać wspaniałą, ciepłą herbatę. Przyznam się były problemy z tym gotowaniem. Bo zimno się robi jak się stoi słyszałem. Ale postawiłem na swoich. Prawie za każdym razem gotuję. Smaczne jest to jedzonko na ciepło. A herbata wszystkim smakuje. Teraz mam palnik na benzynę, z gazu zrezygnowałem, bo kilka razy się zawiodłem i gotuję. A jak się je to się i wypróżnia człowiek, ale tego tematu nie będę ciągnął dalej. Ale to zagadnienie również występuje w jaskiniach.

Może coś napiszę o samych jaskiniach. Są super. Mają korytarzem, studnie, kominy, syfony, meandry, formy naciekowe. Są najczęściej w jakiś skałach, jakiś, bo nie znam się na tym dokładnie. I chyba się nie poznam. Bo mnie wystarcza, że są, a z czego dokładnie, to niech moje zmartwienie. Najbardziej lubię poznawać jaskinie, łazić, szwendać się po nich. Eksploracja niestety kojarzy mi się źle, no chyba, że jestem we Włoszech, tam jest całkowicie inne podejście do eksploracji niż w Polsce. I tyle jeśli chodzi o eksplorację.

 

Na koniec trochę statystyki, z 10 lat:

- wszedłem 228 razy do różnych jaskiń, na rok średnio przypada 22,8 wejścia

- kilkanaście razy nie udało się wejść,

- w jaskiniach spędziłem około 252 dni, w tym:

- 206 wyjść jednodniowych,

- 12 wyjść dwudniowych,

- 5 wyjść trzydniowych,

- 2 wyjścia czterodniowe,

- 23 wyjścia samotne, w tym 5 dwudniowych,

- 12 wejść do jaskiń zagranicznych,

- 182 w Tatrach,

- 14 na Jurze,

- 18 w Beskidach,

- -1152 osiągnięta największa głębokość (miałem zejść na -2052 ale zabrakło czasu),

- cztery razy zszedłem poniżej tysiąca, raz zabrakło mi 50 metrów,

- sumaryczna osiągnięta głębokość w metrach: 38.308, w kilometrach to 38,3,

Statystyka odwiedzanych jaskiń:

- Jaskinia Czarna: 39,

- Wielka Litworowa 21,

- Wielka Śnieżna 14, cztery razy do dna (-580)

- Jaskinia Zimna 14,

- Nad Kotliny 13, dwa razy do dna (-754)

 

A tu jest wykres z naniesionymi wyjściami od -100 metrów głębokości.

2018123110latwykres

Mam nadzieję, że to nie koniec, że jeszcze dużo przede mną. A jeśli kogoś ten artykuł zainspirował, to uwierz mi, warto iść na kurs taternictwa jaskiniowego, warto pójść do jaskini, zobaczyć jak tam jest pięknie, warto się zmęczyć i odstresować (oczyszczanie, przez sponiewieranie), a później gdy już się z jaskini wyjdzie, to na świat patrzy się innymi oczami.

Chciałem podziękować wszystkim, dzięki którym rozpocząłem tą wielką przygodę z jaskiniami, wszystkim tym, z którymi udało mi się nawet tylko raz wejść do jaskini. Chciałem podziękować wszystkim, nawet tym z którymi mi teraz nie po drodze. Bez Was nie byłoby mnie pewnie teraz w tym miejscu, z dużą kartoteką przejść, z albumem zdjęć, z kroniką barwnym historyjek, przygód. Bywało w ciągu tych dziesięciu lat wesoło, śmiesznie, niekiedy groteskowo. Bywały chwile grozy. Pamiętacie koledzy zejście z Bańdziocha na kręchę w zimie? Rozbity później samochód i nasze życie na skraju ostrza? Pamiętam wyjście z Wielkiej Litworowej i lawiniska. Był czas gdy żerowałem na szczęściu, ja w czepku urodzony. Wielkie dzięki i do zobaczenia w jaskini.

 

P.S.

Moja miłość do Punkrocka odcisnęła swe piętno również w jaskiniach: w Jaskini Ostrej są Partie Punkrocka, a z nieoficjalnych informacji, to w ważnej jaskini w Tatrach chyba jeden z zacisków nazywać się będzie Zaciskiem Dezertera:)

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.