^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2019-05-18 Na krótko w jaskini

Miałem duży dylemat, pójść do jaskini czy jechać na manifestację proeuropejską do Warszawy. Popatrzyłem w kalendarz i nie układał się on optymistycznie dla przyjemności. I pojechałem, stawiając ponad interes ojczyzny, swój własny, hedonistyczny (He, He, He). Wybrałem jaskinię. Ruszyłem godzinę później z domu niż zwykle. Nie musiałem się nigdzie śpieszyć. Nie chciało mi się ponownie iść do Czarnej, a jaskinie te położone wyżej są trudno dostępne z powodu białego gówna, który ponownie w nadmiernej ilości spadł na ziemię i wybór padł na małą jaskinię, Miętusią Wyżnią. Już w drodze w Tatry, gdy wyjechałem z mgieł przypuszczałem, że pogoda mi w końcu dopisze, że będzie przyjemnie, słonecznie, ciepło. I tak też było. W drodze do Doliny Miętusiej zrzuciłem koszulkę aby łapać witaminę D3 i nie zaprzestałem jej łapać aż do czasu ubrania kombinezonu. Gdy tak szedłem w tej jakże pięknej aurze, gdy ptaszki ćwierkały, twarz omiatały ciepłe promienie słoneczne w duchu dziękowałem mojemu Tacie, nie wiem który to już raz, że zaszczepił we mnie góry, zaraził mnie nimi i teraz mogę tu być, cieszyć się tym wszystkim dookoła, a widoczna panorama jest tylko i wyłącznie zarezerwowana dla moich oczu. Dziękuję Tato. Są i takie momenty, gdy z mniejszym wigorem dziękuję za splecenie mojego losu z górami, gdy twarz zalewana jest zacinającym deszczem, gdy marznie ciało, gdy zaspy śniegu uniemożliwiają dalszy marsz, gdy na serio się boję, że zabierze mnie lawina, chociaż akurat w takich chwilach pretensję mogę mieć do samego siebie, gdy rozumu zabrakło.

W Dolinie Miętusiej bajecznie było. Do szumu delikatnego wiatru w koronach drzew, ptasich treli dołączał szum wody w wezbranych z topniejącego śniegu potokach. Gdzieś w okolicach Wantul, śnieg zalegał na mojej ścieżce. Gdy ponownie zapadłem się po pas wybrałem chaszczowanie. I trochę szedłem szybciej. Na polanie przed wejściem do źlebu prowadzącego do Małej Świstówki zobaczyłem niszczycielską siłę lawiny. Połamane drzewa, które padły zanim dorwał się do nich Kornik Drukarz.

Idę pod górę po lawinisku. But się jakoś wbija i nie spadam. Jeszcze chwila kluczenia i jestem poniżej otworu. Ale zanim się przebiorę komplementuję widok. A w Kobylarzu leży białe gówno, widzę mróweczki, które wloką się pod górę, ścieżka do Wielkiej Litworowej cała w białym gównie. Trzeba będzie poczekać na odtajanie śniegu z traktów.

Wchodzę do jaskini, a tam nasrane, na potęgę. Jak te kozice tam weszły? To było najprawdopodobniej wejście nielegalne zakończone defekcją. W samej jaskini jak zwykle, ciemno, woda kapie, termometr wskazuje +1C, nieliczne są miejsca gdzie można się wyprostować. Zjeżdżam na płytsze dno, w drugim nie chce mi się lewarowa. Idę do końca, czytam jakąś tam kartkę z samej Warszawy i wracam. I zastanawiam się po cholerę ciągnę ze sobą wór z aparatem i lampami.

Wychodzę z jaskini, NA POLE, a tam trochę się zachmurzyło. Nie pilnowałem pogody będąc pod ziemią i ktoś przy niej pomajstrował. Schodzę na dół, nie przebieram się, postanawiam, że zjadę sobie na worze z linami. Zaczynam zjazd jeszcze właściwym źlebem i całe szczęście, bo ledwo hamuję. Zjeżdżając poniżej wyhamowałbym, ale pewnie na dole, na skałach, kask by mi nie pomógł. I tak nici z wykorzystania białego gówna.

Przez Wantule znowu przez chwilę chaszczuję. A na polanach znowu funduję sobie słoneczną kąpiel. Odbijam trochę w prawo, po śladach pojazdu kołowego wychodzę pod Przysłopiem Miętusim. Wiem, to trochę nie po drodze, ale postanawiam przejść się nowym dla mnie szlakiem, na jakąś tam Nędżówkę. Chciałem się zmęczyć to i się zmęczyłem. Trochę pod górę było, ale  widok na Czerwone Wierchy rozpościera się zacny. Jeszcze chwila i jestem w drodze do domu. W lusterku żegnam Tatry, słoneczny, piękny dzień, chwile w jaskini, i ten pobyt na sam ze sobą.

P.S.

Czekam na telefon od mojego przyjaciela, skrupulatnie odwiedzającego pewną stronę, który kolejny raz poinformuje mnie, że byłem jedynym (legalnie) grotołazem w Tatrach pod ziemią:)

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.