^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2019-06-22 Maglowanie

Sms-em otrzymałem propozycję pokazania drogi w głąb Wielkiej Litworowej (ale dopiero jako druga osoba, będę to wypominał Asiu). Moja megalomania od razu się zgodziła, ja trochę później, ha, ha, ha. Zespół miał być pokaźny, oprócz mnie jeszcze siedem osób. To super. Dla mnie już liny zabraknie pomyślałem. Niestety, jak to przy większości akcji w piątek mogłem zostać sam na liście. Bo to, bo tamto, bo burza, bo deszcz, bo imieniny, bo jeszcze coś tam innego ważnego. Na szczęście honor grupy uratowało trzech śmiałków, bo z takim przewodnikiem to musieli być śmiałkowie, Janek, Dominik i Homer z TKTJ.


Wyszliśmy dość późno, bo po 10, bo prosili. Parno było jak choinka. Na mojej płaskiej i nie zalesionej klacie (bo przodkowie wcześniej zeszli z drzewa) uruchomił się pototrysk. Zresztą nie tylko tam. I tak szedłem Kobylarzowym Źlebem pod górę znacząc drogę potem, bo bez krwi się na szczęście obyło. Trochę kropel deszczu spadło z tej burzy co cały czas szalała w okolicach Ciemniaka gdy się przebierałem. Ale i tak mokry byłem od potu.


Zjechaliśmy na Biwak, gdzie przygotowałem małe co nieco na ciepło a później poszliśmy do Magla. Koledzy chcieli zejść jak najgłębiej, na co ja, że miałem dojść tylko do Magla. Kończę się w jaskiniach, wymiana dowodu kolekcjonerskiego na taki z peselem zaczynającym się cyframi 85 nie pomaga. Kończę się, duże akcje chyba już nie dla mnie. Dziesięć lat starczy. Stanęło na tym, że idziemy do większej wody. A większa woda to dopiero w Błękitnej lagunie, za Maglem. Ale za nim tam dotarliśmy zmitrężyłem trochę czasu szukając wejścia do Partii Zakopiańskich. Półtorej miesiąca temu wszedłęm bez problemu do nich, ale później trochę kluczyłem. Teraz było odwrotnie. Nie mogłem się wbić, ale jak już wszedłem, to poszedłem jak po sznurku. Ariadny ma się rozumieć. Chociaż ona to nić miała podobno, ale tamta nić to jak teraz sznurek.


I jak głupi zjechałem do Magla. Ale później przy Elektromaglu była już woda i koledzy zawrócili. Całe szczęście. Magiel postanowiłem zdobyć nie na linie, tylko szorują plecami po teoretycznej podłodze, a ręcami i girami smyrając po suficie. Ci co byli w maglu wiedzą, a ty co nie byli to liter powiedzą, że Magiel to taka szczelina, wąska (często głową nie można obrócić), o długości około 30 metrów, ciągnąca się z dołu do góry pod wrednym kątem. I nawet mi się udawało szybko metry zdobywać do momentu gdy zrobiło się tam ciasno, że nie mogłem się odpychać od sufitu. Zsunąłem się na dół, puściłem jednego kolegę i dopiero jako drugi wlokłem się na linie. Długo to trwało. Pytam się gdzie te czasy, gdy sam tam byłem, i trzy razy Magiel robiłem?


A później to był spacer do Biwaku, gdzie ponownie coś na ciepło było i zaczęliśmy wychodzenie. Ach, po linach dalej lubię się poruszać, sama przyjemność. Wiem, jestem zboczony, ale ten ruch, cały czas naprzód, do góry, jestem sam, to wszystko mnie nadal kręci. Pojechałbym do Viva le Donne. Tam jest kilometr sznurków, jest czas aby się nimi nacieszyć.


A na POLU, na zewnątrz, noc mnie przywitała, z bezchmurnym niebem, widokiem na łuny światła z siedlisk ludzkich. I my tam powoli zmierzaliśmy. Jeszcze herbata na bazie i ruszyłem w drogę powrotną do domu. W Żywcu ronda zaczęły mi się robić takie mało okrągłe, acha, należy się położyć. I „drzymłem” się na 1 godzinę, by jak nowo narodzony (z mocnym przymrużeniem oka) jechać do domu, gdzie przez resztę dnia próbowałem nadrobić straconą da snu noc.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.