^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2019-10-19 Droga do Wielkiego Kłamcy

Za komuny, za którą skrycie tęsknią towarzysze wraz z ich wodzem towarzyszem posłem jarosławem, październik był miesiącem oszczędzania. W paździeniku 2019 roku przyszło na to, że nie oszczędzałem w tym wypadku siebie i drugi raz poszedłem do jaskini. Niestety teraz to już jest wyjątek, dwa razy w miesiącu jaskinia, a nie zasada jak to onegdaj bywało.

Poszedłem sam, mając w planach realizację wcześniej założonego planu. Po godzinie siódmej parking w Kirach, na którym zawsze parkuję był zapchany, ale dla stałego klienta znalazło się miejsce pod wiatą. Poszedłęm w góry w pięknych warunkach pogodowych. Był czas nawet na zdjęcie koszulki aby łapać witaminę D3, która jest dla mnie bardzo ważna. Wór miałem dość ciężki, jedno urządzenie, akumulatory, jakieś żelastwo, było tego sporo. Ale i tak w miarę szedłem, wyprzedzając turystów. Przy Marmurce widziałem kilka postaci. Po przerwie na przebranie obciążony sprzętem zacząłem zjazd po powierzchni by po chwili znaleźć się przy otworze Ptasiej Studni. Miałem szybko zjechać te kilka studni, ale zapomniałem karabinków. Wszystko musiałem poręczować na węzłach, o których jak wszem wiadomo mam mgliste pojęcie. Po kilku próbach skrajny tatrzański rozpaczliwy zaczął spełniać swoje użytkowe właściwości i mogłem udać się w głąb jaskini. Za Studnią z Mostkiem Piratów odbiłem w okienko by po linie do góry dotrzeć do Komina Pustynna Burza. Zawsze zaskakuje mnie wielkość tego komina i podziw dla tych, którzy go kiedyś zdobyli wspinaczką, jak zwykle chylę czoła. Meander Majowy, Posterunek wysunięty, kilka lin (chyba cztery), wspomnienie Oka Demona i zjazd po takiej pochylni w dół. Widzę punkt, jest do czego przyczepić linę. Na plakietce bez karabinka nie powinno się tak zjeżdżać, ale jestem sam i chyba nic nie powinno się zdążyć złego. Dzięki opisowi (którego nie zapomniałem) wchodzę do odpowiedniej studni by dojść nad Studnię Oddziału PTTK Beskid, zwaną również Studnią Oddziałową, albo tak mi się wydaję. Jest kolejny nowy punkt, są i stare spity z których się kiedyś zjeżdżało przy szybszym towarzyszącym zjazdowi biciu serca, czy aby punkt nie wypadnie ze ściany. Dalej nie zjadę bo nie mam karabinków, nie sprawdzę czy niżej też są punkty, więc może cały mój wysiłek w tachaniu sprzętu był nadaremne, bo nie ma sensu dobijać kolejnych, dublujących.

Wracam nieśpiesznie, gdzieś tam podgrzewam jedzenie, podziwiam i cieszę się jaskinią. Wychodzę po północy, bardzo zmęczony. Przebieram się bardzo długo. Ruszam do góry. Pierwsze podejście ciągnie mi się niemiłosiernie. Jest w końcu tzw. Boisko w Dolinie Mułowej, podziwiam widoki, gwiazdy, jest ciepło. Kolejne podejście, chyba w trakcie przerwy zasnąłem z worem na plecach. W końcu wyszedłem do miejsca, odkąd jest tylko w dół. Cieszę się niezmiernie. Poniżej Polany Upłaz coś wielkiego przedziera się przez las niedaleko mnie. To chyba nie jest coś z porożem, więc może to być niedźwiedź, jest ode mnie kilkanaście metrów, nie widzę go ale słyszę doskonale. Włączam czołówkę na maksa, obydwie diody i drę ryja, nieskladnie próbuję cytować Dezertera. Nogi mi się telepią, ze zmęczenia i strachu. To coś w lesie zastyga, by po chwili się odwrócić i oddalić. Było strasznie, ale zwieracz wytrzymał. Naraz odzyskałem siły i pofrunąłem w dół szlaku.

Czwarta rano, dotarłem w końcu do samochodu, jestem już dobę na nogach, czuję to. Jest chęć położenia się spać w samochodzie, ale jedzenie skończyło się bardzo dawno temu i jeść się bardzo chce. Ruszam do stacji benzynowej w Chyżne gdzie działa całodobowa restauracja, którą swego czasu Kum Sławek mi pokazał. Udało się dojechać, choć oczy prawie się zamykały, zjadłem coś na ciepło i zasnąłem na kilka godzin, tak zmęczony, że nawet ciasna Panda jawiła mi się strefą luksusu.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.