^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2019-12-15 Wielka Litworowa, znowu

Planowałem gdzieś wyjazd. Liczba osób chcących pójść do jaskini jak zwykle się wahała, z każdym dniem z tendencją malejącą. O dziwo pojechało nas trzech. Prymula, Kamil oraz moja skromna osoba.

20191215litworowa1

Koledzy kontrolowali stan powierzchni, jej zaśnieżenia. Gdy wyruszyliśmy była lawinowa jedynka, czyli ma być w miarę bezpiecznie. Idziemy, a właściwie to ja idę jakoś powoli. Stara się przypomnieć kiedy ostatnio robiłem  cokolwiek co miało by wpływ na poprawę mojej kondycji. Zaprzestałem. Czułem, że było to dawno. Kobylarz, w delikatnym śniegu, przystawałem często. Gdy w końcu wylazłem na grzbiet (wylazłem, bo niewiele to miało wspólnego z normalnym wyjściem) to miałem już dość. Całe szczęście, że miałem raki na nogach. Bez nich pewnie co chwilę zaliczałbym glebowalenie po którym trudno się wstaje. Wszedłem ze szlaku na naszą ścieżkę wiodącą do jaskini, robi się zimniej, jest więcej śniegu. Wlokę się do otworu. Gdy dochodzę do kolegów, Prymula informuje, że otwór jest prawie w całości zasypany. Walczą na zmianę z Kamilem czekanem aby znaleźć batinoksa i założyć linę. Ja w tym czasie zamarzam, bo stoję i wystawiam się na działanie zimnego wiatru. Z trudem wchodzę w uprząż i zjeżdżam na dół. Poniżej zlotówki powoli dochodzę do siebie, odmarzam, odnajduję zaskórniaki sił.

 

Koledzy zajmują się poręczowaniem, jak super, nic nie muszę robić. Na drugiej pięćdziesiątce jadę pierwszy i robię wahadło. Za pierwszym razem ląduję na przeciwległej ścianie i gramolę się do góry. Pierwsze co robię po zabezpieczeniu lądowania to rozkładam sprzęt biwakowy i odgrzewam jedzenie. Gdy niosłem go do góry to zastanawiałem się po kiego grzyba go tak dużo niosę, waży okropnie dużo, gdy go zjadłem miałem całkowicie inne myśli, czemu go było tak mało. Następnie biorę się za to po co tam przyszliśmy. Trochę to trwało, prawie jesteśmy zadowoleni. Najważniejsze, że plan prawie w całości wykonany. Po kilku godzinach wracamy w kierunku otworu. I wtedy myślę, o tym co mnie czeka na powierzchni. O zimnie, o tym białym gównie, co zalega na ziemi. A przecież nie miałem pójść więcej do Wielkiej Litworowej w zimie. Po co się narażać, po co się męczyć. A jednak jestem tu. Prymula ma na mnie zły wpływ. Wychodzę na powierzchnię jako pierwszy. Czekam kilkanaście minut na kolegów. Lewy policzek mi zamarza, czuję ból, ten wiatr mógłby sobie dać chwilę wytchnienia i nam. W końcu ruszamy. Gdy już się ruszam jest dobrze. Widoczność jest dobra, nie trzeba wspomagać się GPS-em. Schodzimy. Kobylarz w dół już się tak nie ciągnie. Ścieżka wzdłuż Skoruśniaka również nie. Jeszcze chwila i jesteśmy przy samochodzie, a później dwie godziny i jestem w domu, cały i szczęśliwy.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.