^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-02-29 Czarna - Partie Królewskie

Niby jest dalej zima. Ale taka jakaś dziwna. Nie ma mrozów. Niski jaskinie zalane, te wysoko otwory mają zasypane. Gdzieś trzeba pójść, ale gdzie? (jakże częste to pytanie). Gdzieś trzeba pójść. Tym bardziej, że próbuję raz z lepszym raz gorszym skutkiem wrócić do planu: dwa razy na miesiąc w jaskini. Luty się kończy, może się uda. Wybór pada na niezawodną Jaskinię Czarną w Tatrach Zachodnich, chciałem napisać w masywie czego, ale nie wiem a szukać mi się najnormalniej nie chce – kum Sławek to pewnie wie.)

Jak to przed wyjazdem plan jest do znudzenia podobny. Piątek po pracy pakuję się. Godzina 20 pakuję się do łóżka. 4 rano pobudka. Jem, wydalam, myję się, pakuję się do samochodu Punkowozu, kochanej niezawodnej Pandy i jadę. Zabieram po drodze kolegę, który idzie sobie w góry.

W Kirach w miarę pusto. Pięknie słońce świeci. Kolega zostaje  w tyle a ja śpieszę się do jaskini. Muszę zdążyć na wieczorny koncert Dezertera w Bielsku-Białej. Idę pod górę. I jakoś dzisiaj jest stromiej. Co chwilę staję, tłumaczę sobie, że chcę popatrzeć na góry, a widać tylko las, las, las nie krzyży, ale taki zwykły las wykańczany przez tego niecnego Drukarza i wiatr co go powala, czyniąc drogę siwego grotołaza za każdym razem trudniejszą.

Przed otworem przebieram się. Bardzo zimny, porywisty wiatr zrzuca śnieg z drzew, zwiewa ten leżący na ziemi. I to wszystko leci na mnie. Gdy nie mam koszulki na ciele robię się biały. Ubieram tę suchą i po chwili jest wilgotna od tego co na mnie się stopiło. W końcu jestem nad zlotówką i wiążę węzły. Ręce mi grabieją (jeszcze dwa tygodnie później mam problemy z przemarzniętym palcem), muszę przystanąć (na linie) i próbuję je rozgrzać. W końcu udało mi się zjechać na dół. Jestem sam w jaskini. A miały być jeszcze dwa zespoły. Nic to, idę dalej. Tym razem mam jakiś plan. Partie Królewskie.

Gdy pierwszy raz wszedłem do Jaskini Czarnej, na kursie taternictwa jaskiniowego, dawno temu, kilkaset wejść jaskiniowych wcześniej, to byłem pod wielkim wrażeniem wielkości jaskni, przeszkód które na nas czekały, pierwszej wspinaczki w jaskini. Tym razem może nie ma tego samego uczucia, ale jest jak zwykle pokora. Tu to ja jestem ten mały. To mnie coś może się nie udać.

Jest trawers Herkulesa, wcześniej Próg Rabka. Jest i Komin Węgierski – jak zwykle obejściem, bo jest szybciej. W końcu są Partie Królewskie. Wspinam się powoli. Każdy odcienk muszę trzy razy pokonąć, raz do góry wspinając, później zjeżdżam aby wypiąć karabinki i wchodzę ponownie do góry. Trochę t o czasu zabiera. A do koncertu coraz mniej czasu. W końcu zjeżdżam na podwójnej linie. Nie wiem czy starczy do dna. Ale się udało. Teraz trzeba ją ściągnąć. Ciągnę, jest jej dwa metry i koniec. Próbuję znowu, nic. Zaczynają pod czaszką najpierw powoli kręcić się myśli, jak wyjdziesz z jaskini gdy masz tylko jedną linę, aby lekko było na podejściu, a która wisi i spaść nie chce. Wpinam płanietkę, szarpię, walczę. Jest jej już około 15 metrów, z taką długością mam szansę wyjść. Walczę dalej. W końcu spadła. Nie mniej ciszej spada kamień z mego serca. Jesteśmy uratowani, ja i moje wrzody na jelicie, ja i moja dwunastnica.

Nad Kominem Węgierskim spotykam pierwszy zespół który w planach ma trawers. Mijam się z chłopakami i natykam się na kolejny zespół, który idzie tą samą trasą co poprzedni. Chwilę gawędzę i ruszam dalej do otworu. Jeszcze kilka przeszkód terenowych z wykorzystaniem liny i jestem na powierzchni. A tam spotykam Kuma Sławka z kursantami. Chwilę gawędzie i ruszam dalej. Dawno tak szybko nie przemierzyłem Doliny Kościeliskiej w drodze do samochodu. Czas nagli, do koncertu Dezertera coraz mnie czasu.

P.S.

Była jaskinia, było pogo na koncercie, a w niedzielę i w dniach następnych nie było zakwasów.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.