^Powrót na górę

Sprawozdania wyjazdowe

2020-03-07 Miały być NadKotliny

Tydzień wcześniej idąc Doliną Kościeliską do Czarnej planowałem co będę robił w następną sobotę. Chciałem wejść do jaskini gdzie jest chociaż jedna duża studnia. Aby było gdzie tak naprawdę użyć rolkę. Pomyślałem, że skoro jest tak mało śniegu to czemu nie udać się do NadKotlin. Pomysł padł, zanim zacząłem podchodzić do Czarnej, zanim podejście było za bardzo pod górkę.

20200307nadkotliny1

W tygodniu skontaktował się ze mną Chomik z pytaniem czy coś planuję na sobotę. Zaraziłem go pomysłem. W sumie w górę udało się nas trzech, Chomik, Kamil i ja. Droga przez Przysłop Miętusi, Skoruśniak szlakiem niebieskim przebiegała ok.

20200307nadkotliny2

 

Nawet chwilami słońce świeciło, a później niestety schowało się za chmurami na resztę dnia. Gdzieś tam po drodze ubrałem raki. Gumowce coś się ślizgały. Przed Kobylarzem niby były ślady, ale wiodły na manowce. Wyszedłem z lasu i coś mi nie pasuje. To nie Kobylarz. Nie widać jego końca, skały jakieś nie takie jak zawsze, może mgła myli mój wzrok. Odpalam GPS i już wiem, że trzeba mocniej w prawo skręcić. Idziemy dalej, młodzi przodem, dziadek z tyłu. Jest i Kobylarz, z nieprzetartym szlakiem. Idziemy powoli do góry. Gdzieś w połowie koledzy ubierają raki. Ja pomimo raków się ślizgam. Raz lód jest bardzo twardy, chwilami pęka a pod nim sypki śnieg. Nie jest według mnie ciekawie lawinowo, ale czy ja się znam na tym Na wszelki wypadek mamy ABC lawinowe, pipsy sprawdzone na wejściu do doliny, więc zabezpieczyliśmy się jak mogliśmy. W końcu wyszliśmy na grzbiet, ale dłuuugo to trwało.

20200307nadkotliny3

20200307nadkotliny4

Odbijamy ze szlaku i GPS nas prowadzi. I klops. Miało nie być dużo śniegu, mieliśmy w miarę szybko zlokalizować otwór. GPS wskazuje miejsce gdzie śniegu musi być ze cztery metry. Nie chce mi się wierzyć, że to tu. Po godzinie wiem, że jednak urządzenie nas nie okłamuje. Kopiemy. Mam już swoją norkę, Chomik też.

20200307nadkotliny5

20200307nadkotliny6

Chcę się wyprostować i nie mogę. Coś mnie ... w plecach jak tę przysłowiową żabę w stawie. Idę i kładę się na swoim worze transportowym, przykrywam kurtką i chyba nawet zasypiam. Budzi mnie krzyk Chomika, przynieść czołówkę. Gramolę się z trudem, zdrętwiały, szperam, znajduję i zanoszę. Ho, ho, ho, ci to wykopali jamę. Wali z niej ciepło, są przy skale, gdzieś koło 3 metrów poniżej górnej warstwy śniegu. Dziadek musi się jednak ponownie położyć, dalej mnie ... w kręgosłupie. Konstatuję: sporo Kobylarza było na kolanach, na czworakach, później to kopanie, w moim wieku ha, ha, ha. Znowu zasypiam, pomimo że zaczyna wiać. Znowu mnie budzą. Jest przerwa na jedzenie. Jem owsiankę na ciepło. Odzyskuję siły. Po 17 wracamy. Jest mgła, robi się ciemno, brak śladów, czyli to co jest najgorszym koszmarem dla mnie w tamtym miejscu. Na dodatek coś pokręciłem w GPS, nie ma map, jest niby ślad ale się urywa. Idziemy dalej. Chomik wyjmuje srajfona i nawiguje. Mnie coś tknęło. Wyjmuję swojego i krzyczę, że jesteśmy za daleko. Zawracamy. Widoczność kiepska, co chwilę zerkam na telefon i w końcu jest Kobylarz. Rano, gdy widoczność była, martwiłem się lawinami. Teraz gdy niewiele widzę, bo śnieg zawalił mi okulary to i mniej się boję, bo nie widzę zagrożenia. Ale idziemy po porannych śladach, tam gdzie nie jest nawiane, gdzie jest w miarę bezpiecznie. Lodowate drobinki lodu wbijają się w twarz. Boli. W połowie Kobylarza jest znośnie, a na dole za gorąco. Idziemy do auta. Ja szczęśliwy, że się wszystko prawie udało. Pal licho, że nie weszliśmy do jaskini. Ważne jest to że jesteśmy cali.

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.