^Powrót na górę

Historia, relacje, recenzje

Dezerter: debiut legendy punk rocka

piątek, 12 sierpnia 2016 07:33 FrytkaPunk


Przedruk artykułu z portalu wyborcza.pl LINK (nie wiem czy zadziałą Wam bo ja mam abonament).

 

- W Polsce rozkwita schizofrenia. Władza udaje, że jest opozycją. A wszyscy, którzy ją popierają, udają, że się sprzeciwiają - tylko nie wiadomo komu - mówi Krzysztof Grabowski, współzałożyciel, perkusista i tekściarz zespołu Dezerter.
 
 
19 sierpnia ukaże się winylowa reedycja pierwszego singla Dezertera wydanego w 1983 r. w Tonpressie. Płyta z czterema utworami - "Ku przyszłości", "Spytaj milicjanta", "Szara rzeczywistość", "Wojna głupców" - rozeszła się w ok. 35 tys. egzemplarzy.

Pierwsza długogrająca płyta Dezertera „Underground Out Of Poland” ukazała się dopiero w 1987 r. w USA. W Polsce przed upadkiem PRL wyszły albumy „Kolaboracja” (1988) i „Kolaboracja II” (1989) - zespół miał wtedy pomysł na oznaczanie tym tytułem płyt wydanych nakładem firm kontrolowanych przez państwo.

Dziś zespół ma na koncie 13 premierowych płyt, kompilacje i albumy koncertowe.

Jacek Świąder: Wydajecie ponownie singiel sprzed 33 lat. Ukazał się wtedy, bo cenzorka przepuściła cztery wasze teksty z...

Krzysztof Grabowski*: 12, o ile dobrze pamiętam. Tyle zaniósł do cenzury nasz ówczesny menedżer.

Wydawało nam się, że to pierwsza i jedyna okazja, żeby cokolwiek nagrać. Dostaliśmy w korespondencji ze Stanów singiel zespołu Poison Idea, na którym było aż siedem piosenek. To było inspiracją, żeby dać do cenzury jak najwięcej – ile przepuszczą, tyle nagramy. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że singiel ma ograniczony czas stron.

Mieliśmy ideę – robić, ile się da. Nasze pierwsze wystąpienie publiczne było na Mokotowskiej Jesieni Muzycznej w listopadzie 1981 r. Każdy zespół prezentował trzy piosenki. Nasze były bardzo krótkie, więc uznaliśmy, że jak zagramy trzy, to nikt nie zauważy. Zrzucili nas po sześciu. Kontynuacją tej metody było nagrywanie płyty.

Nagrody za MJM nie odebraliście, bo wprowadzono stan wojenny.

– Rozdanie nagród miało być 14 grudnia, ale tego dnia wszystko było pozamykane. W styczniu lub lutym 1982 r. Robert [Matera, gitarzysta] ze Skandalem [wokalista Dariusz Hajn, w zespole do 1986 r., zmarł w 1995] pojechali do domu kultury na ul. Łowicką – już działał – i dowiedzieli się, że niestety nie dostaniemy nagrody, ale wyróżnienie. To był dyplom i popielniczka w kształcie liścia klonu. Robert ma ją chyba do dzisiaj.

Jak w ogóle w 1983 r. punkowcom udało się wejść do studia?

– PRL był państwem, które chciało kontrolować każdą dziedzinę życia obywatela. Największą wagę przykładano do prasy, książek, telewizji, radia, no i tego, co się rejestruje w studiach nagraniowych. Były one wyłącznie państwowe. Człowiek z ulicy nie mógł sobie pójść do studia i go wynająć. Musiał mieć zgodę Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli cenzury, oraz zgodę szefa tego studia.

Dostęp do studia takiego młodego zespołu jak my był właściwie niemożliwy. Jako zespół amatorski w świetle prawa byliśmy nikim. Mogliśmy grać dla własnej przyjemności, ale wobec Ministerstwa Kultury nas nie było.

Gdy wokół zespołu zrobiło się głośno, odbyło się trochę koncertów – kilku dziennikarzy się nami zainteresowało. Większość na wszelkie sposoby nas wyśmiewała, ale paru chojraków pisało pozytywnie. Pierwszą informację o zespole wydrukowało „Słowo Powszechne” – katolicka gazeta, ale nieuznawana przez władze Kościoła, taka próba wpływania na katolików przez komunistów. W „Słowie” pisał Marek Wiernik, który jako jeden z pierwszych puszczał punk rocka w „Trójce”. Był dobrym duchem tego nurtu muzycznego. Byliśmy wtedy jeszcze uczniami szkoły średniej...

Technikum Elektronicznego im. Polskiej Partii Robotniczej.

–...i wszystko to było dla nas ekscytujące. Wyobraź sobie: siedzimy w szkole, schodzimy na dół do kiosku, kupujemy gazetę i... jesteśmy w gazecie. Szał.

 
 

O ile wiem – jest to wiedza przefiltrowana przez 33 lata dalszych wydarzeń – to Wiernik zainteresował naszą muzyką Marka Proniewicza, jednego z szefów Tonpressu: są nowe, ciekawe zespoły w Polsce i warto je zarejestrować. Tylko jak nagrać zespoły, które nie są artystami, są nikim? Ktoś wymyślił przegląd muzyczny, którego laureaci mieliby możliwość nagrania w Tonpressie. Wygrał zespół Klaus Mitffoch z Lechem Janerką – dostali płytę długogrającą. Druga była Śmierć Kliniczna – dostała dwa single, a my jako trzeci dostaliśmy jednego singla.

Piękna przyszłość/ Jest przed nami/ Wzniesiemy nowe domy/ Z betonu i ze stali/ Połączmy nasz wysiłek/ Zjednoczmy wszystkie siły/ Ojczyzna, ojczyzna czeka na ciebie/ Towarzyszu miły! ("Ku przyszłości")

Czyli PRL jedną ręką kontrolował, a drugą dopuścił do nagrań?

– Trzeba przypomnieć jeszcze kilka rzeczy. Śpiewaliśmy teksty antykomunistyczne i antypaństwowe, za które można było dostać karę. Jedną z kar było to, że nie mogliśmy być muzykami. Za publiczne śpiewanie takich rzeczy można też było zostać skazanym przez sąd.

Na szczęście PRL był zajęty ściganiem ukrywających się opozycjonistów. Wybuch punk rocka jakoś przeoczono, a potem było za późno, bo w całej Polsce powstały setki mocnych zespołów, a komuna była coraz słabsza. Udało się przemknąć tak, że nikomu nic się nie stało, przynajmniej tu w Warszawie.

Stałym zagrożeniem był też powszechny pobór.

– Jako uczniowie byliśmy chronieni. Ale obywatel Polski Ludowej, jeśli nie dostał się na studia, był wcielany do wojska. Przez dwa lata siedział w koszarach, często prześladowany przez starszych żołnierzy lub podoficerów. Wiele zespołów rozpadło się przez to, że ich muzyków brano do wojska – to był jeden ze sposobów walki z niepoprawną młodzieżą, która „kopiowała zgniłe zachodnie wzorce”. W ZSRR wsadzali do psychiatryków, w PRL do wojska.

Skończyliśmy szkołę już po nagraniu singla. Robert dostał się na studia, ja nie. Musiałem kombinować, jednym ze sposobów było udawanie chorego – tak próbowałem przez kilka lat, aż w końcu dali mi spokój. Kosztowało mnie to dużo zdrowia, bo pobór był dwa razy do roku. Osiwiałem przez to i tyle.

W Jarocinie też chyba nie było kolorowo?

– Gdy w 1982 r. pierwszy raz występowaliśmy na festiwalu, mieliśmy kwatery kilka kilometrów od miasta. Po drodze, którą chodziliśmy do Jarocina, w jedną i drugą stronę śmigały radiowozy. Milicja co chwila nas zatrzymywała, a rozmowy nie były sympatyczne. To nie było dzisiejsze: „Dzień dobry, aspirant Kwiatkowski”, tylko: „Dokąd to? Na próbę”. „Gdzie, kurwa? Chcecie wpierdol?”. Bardzo interesowało ich, co oznacza SS-20 na znaczkach, które zrobiłem dla kolegów. Nie kojarzyli, że to ruska broń atomowa [to była też pierwsza nazwa Dezertera], tylko myśleli, że chodzi nam o hitlerowskie SS. Takich absurdów było wiele. I pamiętajmy, że to wciąż był stan wojenny.

Dzisiaj bunt wydaje się tańszy. „Niepoprawność polityczna” stała się sloganem, modą. Łatwiej żyć, trudniej się buntować?

– Dzisiaj młodym jest tak łatwo, że nic im się nie chce robić. Nie ma sensu zakładać zespołu i pocić się w brudnych kanciapach. To przestało być niezbędne, tyle jest pól aktywności.

Wtedy możliwości było tak mało, że zespół to było coś wielkiego, pochłaniał całą twoją energię. Młodym ludziom było beznadziejnie źle. Nie było perspektyw ani rozrywek, tylko opresja państwa. Zespół pozwalał się wypowiedzieć publicznie i to nas kręciło. Dzisiaj można się wypowiadać publicznie codziennie na Facebooku. Poziom wolności jest nieporównanie większy.

 
 

A jak się grało Dezerterowi na squacie ADA Puławska w Warszawie kilka dni temu?

– Bardzo dobrze! Z podziwem patrzę na ludzi, którzy wkładają mnóstwo energii w to, żeby utrzymać to miejsce. To praca społeczna, nie ma z tego pieniędzy, tym większy należy się im podziw, że angażują tyle czasu, energii, pomysłów. To bardzo wartościowe. Poznaliśmy takie miejsca na Zachodzie na przełomie lat 80. i 90. Zafascynowało nas to, że w kapitalizmie, gdzie najbardziej liczy się pieniądz, można zorganizować sobie takie niezależne miejsca kultury, w których ważne są inne wartości. Pełen szacun dla AD-y.

Squatowy sposób życia, na Zachodzie traktowany neutralnie lub z sympatią, w Polsce często spotyka się z wrogością. We Wrocławiu czy w Poznaniu były napady na anarchistyczne squaty.

– W Warszawie wcześniej też. Cóż, polskie elity były wycinane po powstaniach jeszcze w czasie zaborów, w czasie II wojny okupanci też wzięli na cel elitę intelektualną. Nastał robotniczo-chłopski PRL i społeczeństwo przez 50 lat było indoktrynowane przez komunę. Otwartych, myślących w mniej ograniczony sposób ludzi siłą rzeczy jest w Polsce trochę mniej niż na Zachodzie. Polskie społeczeństwo łatwo przestraszyć. Wystarczy chlapnąć, że nadchodzą islamiści, którzy chcą wszystkich zgwałcić i spalić. Okazuje się, że połowa społeczeństwa boi się zagrożenia, które nie istnieje.

Takie lęki nie pozwalają się otworzyć. Łatwo u nas wkręcić ludzi w nienawiść do innych, a mniejszości anarchizujące zawsze były ułamkiem społeczeństwa i łatwo zrobić im krzywdę. Siły, powiedziałbym, skrajne po przeciwnej stronie mają mocno rozwinięte instynkty stadne, umieją atakować gromadą.

Skrajnie prawicowe organizacje znów są atrakcyjne dla młodych, a państwo zaczyna to wspierać. Opowiadałeś kiedyś, że w PRL-u reżim wspierał naziskinów, zatrudniając ich np. przy ochronie koncertów. Czy da się to porównać?

– W Jarocinie zaczęto zatrudniać tych skinów łobuzów do ochrony. To oni pacyfikowali punkowców. Mieli odrobinę władzy, więc się wykazywali. Było podejrzenie, że ci naziskini są w jakiś sposób inspirowani lub prowadzeni przez SB. Od połowy lat 80. do ich końca skinheadzi atakowali koncerty punkowe, pojedyncze osoby, grupki ludzi związanych z punk rockiem (ale nie tylko) i zawsze byli bezkarni. Milicja aresztowała zwykle pobitych ludzi, a tamtych puszczała wolno. To nie był jeden przypadek, to było nagminne w całej Polsce. Środowisko uznało więc, że oni na 500 proc. są chronieni przez esbecję. Przypuszczam, że – jak to w Polsce – odbywało się to na zasadach półformalnych, więc nie wiem, czy są na to jakieś papiery, ale tak było.

Która droga życia/ Według prawa i porządku/ Doprowadzi mnie do szczęścia i zaszczytnych obowiązków?/ Spytaj milicjanta/ On ci prawdę powie/ Spytaj milicjanta/ On ci wskaże drogę ("Spytaj milicjanta")

Obecnej sytuacji jednak bym nie porównywał do PRL. PiS zaczął nakręcać sytuację z kibolami, później z narodowcami i wykorzystał ich do zwycięstwa w wyborach. PiS będzie wspierał te grupy, dopóki będą mu potrzebne. Tylko że te grupy czują się już na tyle pewnie i bezkarnie, że mogą mu się wymknąć spod kontroli. A to będzie kłopot dla całego społeczeństwa.

Zwykle tak to się odbywa, że gdy puszczasz oko do bandyty, to on najpierw przybije piątkę i pójdzie z tobą na piwo, a potem da ci w łeb, żeby ukraść ci pieniądze.

Tylko dlaczego, jeśli przystajesz do prawicowców, to jesteś antysystemowy?

– W Polsce rozkwita schizofrenia. Władza udaje, że jest opozycją. A wszyscy, którzy ją popierają, udają, że się sprzeciwiają – tylko nie wiadomo komu. Wiesz, uczyłem się ze „Schizofrenii” Kępińskiego, gdy chciałem sobie załatwić papiery na komisji wojskowej, więc jestem wyczulony na pewne objawy.

Kukiz budził nadzieje, ale z nim weszli do Sejmu narodowcy.

– Nigdy nie brałem pod uwagę tego, że Kukiz wniesie jakąś odmianę. To, kogo wciągnął za sobą do polityki, w moich oczach go dyskwalifikuje. On jest wiecowym mówcą, doskonałym populistą. Potrafi przemawiać na koncercie i na wiecu, ale co z tego? Jak widać, w pracy w parlamencie nie ma to znaczenia.

Co myślisz o karierze waszego byłego menedżera Macieja Chmiela, który w czasach PiS został dyrektorem TVP 2, a niedawno go zwolnili?

– Ale za to został innym dyrektorem. Cóż, nic o tym nie myślę. Maciek odszedł od zespołu w 1990 r. Został dziennikarzem, producentem. Później chciał zostać ważną osobą w mediach i nią został. Nie oceniam, taką wybrał drogę życiową.

Jednak najwięcej wydarzeń związanych z kulturą niezależną działo się w telewizji za rządów prawicy na początku 90., w czasach „pampersów”: prezesa Wiesława Walendziaka, Andrzeja Horubały, Macieja Pawlickiego. Wtedy programów artystycznych skierowanych do młodzieży poszukującej, alternatywnej było najwięcej. Gdy prezesem TVP został Robert Kwiatkowski z SLD, w telewizji publicznej skończyła się muzyka rockowa czy zbuntowana. I nie wróciła.

Teraz znowu jest prawica w telewizji i niestety zajmuje się propagandą i bezczelną manipulacją. Nie wiem, jak Maciek się tam odnajduje, ale za czasów jego krótkiego panowania w TVP2 nie pojawił się żaden program artystyczny, z którego byłbym zadowolony.

Przypomnijmy te programy z lat 90. – pamiętam z nich punkowe wideoklipy.

– Był „AlternaTiVi”, który współredagowałem, „Rock noc”, „Lalamido”, programy, które relacjonowały koncerty, kręciły teledyski muzykom. I kilka innych.

 

Dzisiejsza prawica nie ma nic wspólnego z ówczesnym myśleniem wyniesionym jeszcze z opozycji. Jedni mieli poglądy bardziej lewicowe, inni prawicowe czy konserwatywne, ale wszyscy byliśmy przeciwko PRL. Tuż po przemianie w Polsce część tych ludzi dostała stanowiska i nie wyrzekła się korzeni. Uważali, że pewne rzeczy są dobre niezależnie od poglądów. Od tamtej pory przeszliśmy taki młyn – nienawiść między plemionami zaczęła się od katastrofy smoleńskiej – że jest już niemożliwe, żeby ktoś, kto dostał się gdzieś z ramienia PiS, przyznał, że kiedyś chodził na squaty i lubił anarchistyczną muzykę. To już nie wróci.

Mam wrażenie, że ci ludzie boją się jeden drugiego. Jest dużo osób w Polsce, które chciałyby zająć stanowiska. Są gorące krzesła. To akurat jest podobne do PRL: ludzie w pracy boją się swoich przekonań.

Jak to wpływa na kulturę? Czy będzie więcej zbuntowanych muzyków, czy to już nie jest ten środek ekspresji?

– Kto choć raz był na koncercie, rozumie, że można tam doskonale rozładować emocje i frustracje. Niewielu ludzi kupuje teraz płyty, ale dużo przychodzi na koncerty. Takie grupowe przeżywanie jest istotne, co doskonale rozumie druga strona, robiąc te wszystkie marsze.

Tyle że kulturę pchają do przodu rzeczy kontrowersyjne, ekstremalne. Muszą być jakieś punkty zapalne, nie można wciąż głaskać się po główkach i wspominać.

Taki jak u Dezertera rodzaj ironii, przejmowania języka władzy, by ją ośmieszyć, nie jest dziś popularny. Może polityka już nie obchodzi buntowników?

– Podkreślam, że dla mnie mentalnym przeciwnikiem jest polityka jako taka, a nie konkretna partia. Polsce szkodzą politycy wszystkich partii, z tym że jednych bardziej, a innych – mniej. Partie i politycy w Polsce realizują własne cele, a nie cele społeczne. Ich społeczeństwo gówno obchodzi. Nie ma służby publicznej, a odczucia społeczne interesują polityków tylko w kontekście wyborów – trzeba się podlizać, żeby wygrać. Nie ma myślenia na kilka kadencji do przodu. Każda partia rozbija to, co robili poprzednicy. O to mam pretensje do polityki.

 
 

35 lat po debiucie Dezerter znów zagra te dawne, najbardziej wkurzone piosenki.

– Dezerter nigdy nie obchodzi rocznic, a specjalny koncert robimy z okazji reedycji singla. Mnóstwo zespołów gra rocznicowe trasy koncertowe, znam takich, którzy urządzają je z okazji rozpadu albo reaktywacji. Takie zagrywki zawsze nas śmieszyły. Rockandrollowy światek, który kombinuje: jeśli nie mamy nic do powiedzenia, to chociaż powiedzmy, że mamy 20. rocznicę.

Nie planowaliśmy obchodów, jedynie poinformowaliśmy, że zespół jest w tym wieku, bo niektórzy nie pamiętają. Dostaliśmy pozytywny odzew. Nasz kumpel od lat organizujący w Bydgoszczy Muszla Fest zaproponował, żeby zrobić specjalny koncert, inny niż zwykle, z innymi piosenkami. Zgodziliśmy się, bo nikt inny na to nie wpadł. Będzie można przyjść, pogadać, zrobić sobie zdjęcie. Ma to być wydarzenie nie tylko artystyczne, lecz także towarzyskie.

*KRZYSZTOF GRABOWSKI

Rocznik 1962. Tekściarz i perkusista zespołu Dezerter, który wiosną 1981 r. założył z kolegami z warszawskiego technikum (jeszcze pod nazwą SS-20). Zajmuje się też projektowaniem graficznym - współpracował z zespołami Hey, Zakopower, Johnem Porterem czy Brodką, stworzył okładki płyty "Apres" Iggy'ego Popa i oczywiście albumów Dezertera. W latach 80. wydawał fanzin „Azotox”, jest autorem książki "Dezerter. Poroniona generacja?" (2010)

MUSZLA FEST

Bydgoski festiwal odbędzie się po raz czternasty. 19 i 20 sierpnia na dwóch scenach w ciągu dwóch dni zagra 20 zespołów, oprócz Dezertera m.in. thrashmetalowy Vader i deathmetalowe Decapitated, punkowy Włochaty i legenda hardcore’a 1125. Z zagranicy dojadą All For Nothing (Holandia), Bishops Green (Kanada) czy Myciaa (Francja).

Więcej informacji na Muszlafest.pl.

 
 
 

Licznik odwiedzin

sigplus

Copyright © 2013. www.FrytkaPunk.pl  Rights Reserved.